Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
środa, 09 sierpnia 2017

       Ostatnio to raczej nic nie robię niż robię. Bo mi się nie chce. A diabełek za uszami podszeptuje- że powinnam to czy tamto, no bo jak to tak- siedzieć i nic nie robić? Przecież tak nie wolno! A mi się nie chce. I wynajduję coraz to nowe wytłumaczenia na to, że siądę na kanapie i będzie to jedyna czynność wymagająca jakiegokolwiek wysiłku. Znów jestem w fazie spadkowej z energią i chęciami do działania. Na szczęście to taka sinusoida, więc mam nadzieję, że za kilka dni odmieni mi się i znów coś wysprzątam. A nie, może być tak, że nie zdążę. Za półtora tygodnia wyjeżdżam nad morze i wtedy mam tydzień na odpoczynek. Już się cieszę! Zobaczymy jak będzie z pogodą. Na razie sierpień jest uroczy. Przynajmniej u nas, ostatnie dni temperatura umiarkowanie przyjemna, deszcze powędrowały w inne rejony. Oby tak dalej. 

      A co poza tym robię, jak nic nie robię? Wczoraj na przykład przespałam spory kawałek popołudnia. Miałam możliwość- wróciłam z pracy, chłopaki pojechali z byłymmężem nad jezioro, w domu cisza i zmogło mnie. Byłymąż ostatnio nieco częściej poczuwa się do bycia tatusiem, zabiera chłopaków nad jezioro i spędza z nimi czas ze 2-3 razy w tygodniu, co bardzo mnie cieszy. Może w końcu coś do niego trafiło. Nawet miał zamiar wyjechać z chłopakami na kilka dni, ale wybrał wyjazd ze swoją partnerką. Chłopaków ma zamiar zabrać na paintballa. Zadowolona nie jestem, bo bardzo nie lubię zabaw tego typu, ale jeśli miałoby to wszystkich uszczęśliwić, to nie mam nic do gadania. Chyba że chłopaki nie zechcą, bo dotychczas ciągot militarnych nie wykazywali. 

    No więc leżę sobie na tej kanapie i coś tam czytam. Czasem książki, czasem inne rzeczy. Próbuję coś planować na najbliższe tygodnie i miesiące, ale opornie mi idzie. Na telewizję nie mam ochoty. Sporo czasu temu zaczęłam oglądanie "Chirurgów", doszłam chyba do 8 sezonu i coś mi przerwało. Nie chce mi się kontynuować. Jest też tyle innych seriali, którymi się zachwycają wszyscy, a mnie odrzuca od telewizji. Jeszcze internet może być, ale tu głównie siedzę w cukrzycy i przyległościach, trochę na blogach i tyle. Ciągle zamierzam zabrać się ponownie za szydełkowanie, ale i z tym mam problem. Przy szydełkowaniu nie da się czytać, oglądać owszem, ale przecież mi się nie chce oglądać. Więc robótki leżą odłogiem, niektóre są już prawie zabytkowe i nadal niedokończone. A szkoda...

    Z najbliższych aktywności, którym muszę niestety stawić czoła (poza codzienną pracą, ale tu nie ma zmiłuj, do urlopu muszę popracować, choć bez wielkiego entuzjazmu), to wizyta u alergologa z Mateuszem dziś po południu, o 18 szkolenie wewnętrzne z zakresu ochrony danych osobowych i polityki bezpieczeństwa w firmie. Jutro dyżur, ostatni w tym miesiącu. Czy to nie cudowne? Zakończyć dyżurowanie po 1/3 miesiąca, w ciągu 10 dni 4 dyżury. Totalna głupota z mojej strony, nie powinno się tak pracować, ale skoro chce się pełnego urlopu, to czasem trzeba. Mimo wszystko muszę ograniczyć te dyżury, za dużo zmęczenia i złych emocji po nich bywa.

    Szkolenie muszę odbyć, ale wcale nie mam ochoty, głównie ze względu na osobę szkolącą. Mąż mojej szefowej- w sumie sympatyczny, nie mam co się czepiać, ale ze względu na jego przeogromną pewność siebie- bywa irytujący. Z drugiej strony podziwiam go, bo nie mając pojęcia o jakimś temacie, tak potrafi o tym rozmawiać, że kreuje się na eksperta najwyższej klasy. Potrafi zamącić w głowie na tyle, że nawet jeśli się znam na czymś, to i tak wychodzi że on wie lepiej. A na dodatek robi to z dużym wdziękiem i nie sposób go nie lubić. Tak że mam w sobie dość przeciwstawne uczucia do jego osoby i przez to wolę go unikać, bo nie mogę zdecydować się, czy bardziej go lubię, czy nie. Oprócz szkolenia będzie pewnie też trochę plotkowania i śmiechu, więc może nie będzie to całkiem stracony czas.

   Najgorsze w tym niechceniu jest to, że prawie zupełnie przestałam się ruszać- bo chodzenie piechotą do pracy to stanowczo za mało. Odkąd moja ulubiona instruktorka zrezygnowała z prowadzenia jogi i pilatesu, to i mnie się nie chce. Znalazłam zajęcia jogi w sąsiednim mieście. To "tylko" 30 km, godziny znośne- po 18 wtorki i czwartki i niedziela na 9 rano. Tak mi się chce jogi, że jestem skłonna choć raz w tygodniu pojechać. Bo pilates jest fajny, ale joga bardziej. Mogłabym w sumie poćwiczyć sama w domu, ale jakoś trudno się zmobilizować, jednak te ćwiczenia w grupie maja nieco więcej uroku. O! jednak jest coś, czego mi się chce. Dobry początek, może ta chęć na jogę wyrwie mnie z marazmu? A może by tak postanowić, że wstaję pół godziny wcześniej (oj, to byłoby o 5.30- dam radę?) i te pół godziny przeznaczam na Powitanie Słońca? To jest myśl!

Dodatki na bloga