Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
sobota, 09 grudnia 2017

   Znów w ramach sprawiania sobie przyjemności poszłam do kina. Tym razem na "Cichą noc". Recenzji nie napiszę, bardziej opiszę moje odczucia. Początkowo trochę się bałam, że to będzie film w stylu Smarzowskiego- brudny, brutalny, o bardzo ciemnych stronach ludzkiej natury. Na szczęście nie, owszem, pokazana w nim rzeczywistość nie jest cukierkowa i idealna, ale przekaz jest dość łagodny. Filmy Smarzowskiego, choć są dobre, to jednak trochę odchorowuję je mentalnie, bo są bardzo agresywne, tu było po prostu samo życie. Ot, można by wejść z kamerą do pierwszego lepszego domu na prowincji i nakręcić ten film. Prawdziwy do bólu, ale nie przerysowany. W kilku momentach zatrzymujący i zmuszający do pokiwania głową- "też tak mam". Może i nie specjalnie oryginalny, ale takie jest życie, problemy, radości, codzienność wielu rodzin. Czas świąteczny, który ma być wyjątkowy, daje wyjątkowo mocno popalić. Nie spełnia naszych magicznych oczekiwań, nie ma gwiazdki z nieba, nie ma cudu, a cicha noc wcale taka cicha nie jest. Niby łamiemy się opłatkiem, składamy oklepane życzenia zdrowia, pomyślności i wszystkiego najlepszego, a pod tą cienką skorupką spokoju buzują różne emocje, tworzą się napięcia nie do opanowania. Wystarczy iskra i kończy się nastrój, wybucha pożar i po świątecznej atmosferze. Mikołaj też nie zawsze przynosi oczekiwane prezenty, czasem wręcz nie przynosi nic. A żyć trzeba dalej.   

    No trzeba. Tak sobie pomyślałam, że i moje święta w tym roku będą nieco pokręcone. Bo chyba jednak zrobię Wigilię u siebie. Czyli ja z chłopakami, do tego teściowa ze szwagrem, no i byłymąż. Rodzinka w pełnym składzie. Byłymąż chyba definitywnie rozstał się ze swoją partnerką i zaczyna się zachowywać normalnie, a w zasadzie nie normalnie, tylko tak jak powinien zachowywać się odpowiedzialny facet. Szkoda, że dopiero teraz. Nie mogę wyjść ze zdziwienia, bo nie jestem przyzwyczajona do takiej sytuacji. Rzecz jasna to może być przejściowe, więc nie ma co się przyzwyczajać, ale jednakowoż ciekawi mnie jak długo w tym wytrwa. Teściowa nie protestowała zbyt mocno, kiedy zaproponowałam Wigilię u nas, może jakoś wdrapie się na to nasze trzecie piętro.  

   Gorsza sprawa, że jakoś mi te przygotowania do świąt nie idą. Coś tam planuję, coś sprzątam, coś zamierzam ugotować, ale bez wielkiego entuzjazmu. W sumie do świat jeszcze 2 tygodnie, to może jakoś w końcu trochę go wykrzeszę, ale widzę, że z roku na rok coraz trudniej wpasować mi się w świąteczny nastrój. Starzeję się czy co? Czasy się mocno zmieniają. Kiedy już od kilku tygodni wszędzie są dekoracje świąteczne, choinki, lampki, a nie ma śniegu, to nie dam rady poczuć magii świąt. Wygląda na to, że przez miesiąc szykujemy się do ważnego wydarzenia (w wymiarze religijnym tak jest i słusznie, bo o to właśnie chodzi, tylko kto na co dzień o tym myśli?), a potem chwila obżarstwa, dodatkowy dzień wolny od pracy i po wszystkim. Potem zostaje tylko dojadanie resztek przez tydzień, narzekanie zmęczonych gospodyń, których pracy nikt tak naprawdę nie docenił, obgadywanie rodziny, jeśli udało się z nią spotkać, łagodzenie nieporozumień, u niektórych leczenie kaca. Takie to święta. Dużo się mówi, jak powinny wyglądać, o duchowości, oczekiwaniu, a proza życia i tak to zweryfikuje. I skończy się jak na filmie.

    A film- polecam. Może uda się dzięki niemu przesunąć środek ciężkości na właściwe miejsce.

Dodatki na bloga