Darmowy licznik odwiedzin
RSS
niedziela, 08 lipca 2018

   Tak się rodzą legendy i opowieści rodzinne. Dziś odwiedzili nas moi rodzice. Dawno się nie widzieliśmy, bo rozmowy telefoniczne są częste, ale oni w trakcie remontów i przeprowadzek, co nie sprzyja przyjmowaniu gości, byli też na emeryckim wyjeździe nad morze, a u nas też gonitwa czasowa i tak minęły prawie 2 miesiące. A Kuba bardzo chciał się pochwalić swoją dziewczyną. No więc miałam gości. Oczywiście trochę pichcenia, bo obiad, jakieś przekąski, coś na deser. Z Filipem upiekliśmy muffinki karmelowo- czekoladowe. Na obiad zaplanowałam polędwiczki z kurczaka, pulpety w sosie pomidorowo- koperkowym i karkówkę w sosie tymiankowym. Wszystko do szybkiego zrobienia- przygotować, do piekarnika lub garnka i dalej robi się samo. Oczywiście w lekkim nadmiarze, żeby i jutro nie trzeba było robić obiadu.

  Kuba był ciekawy, co będzie na obiad. Kiedy usłyszał menu to z lekką zadumą stwierdził- jak byliśmy u wujka M. w Ameryce (wujek- brat byłegomęża, w zasadzie zgodnie z nomenklaturą to powinno się mówić stryjek, ale chłopaki wolą tak. A było to sporo lat temu, byłymąż pojechał z Kubą, Matim i drugim bratem), to pewnego dnia na obiad w którymś hotelu był szwedzki stół, zastawiony różnościami w dużych ilościach i wtedy wujek P. zapytał- a schabowych nie ma? To tak w ramach braku tradycyjnych schabowych na dzisiejszym obiedzie.

   Mama przywiozła gar chłodnika- przepyszny, zawiesisty, z mnóstwem botwinki, ogórków i koperku. Mnie tam nigdy takie cudo się nie udaje, więc moi chłopcy raczej nie są przyzwyczajeni do jedzenia tego typu potraw, to co zrobię to i sama zjadam. A ten był rewelacyjny! Kuba i Mati niestety nie tknęli nawet, oni uznają tylko rosół, pomidorową, Mati jeszcze żurek. Ale Filip lubi eksperymentalne potrawy, więc zjadł. Ja zachwycona smakiem, babcia chciała się dowiedzieć jak smakowało Filipowi. A to szczere dziecko chcąc nieco zażartować- stwierdził, że szału nie ma, dałby tak 2 na 10. Do końca obiadu było punktowanie kolejnych potraw, a także wielu innych rzeczy. Oraz przypominanie innych legend i opowiastek rodzinnych, w tym również tych z mojego dzieciństwa. Było wesolutko i niesamowicie przyjemnie. Babcia na szczęście doceniła poczucie humoru Filipa. A większość chłodnika zjadłam ja.

   Jeszcze jedna rzecz zasługuje na tę ocenę 2 na 10. Wczoraj wyskoczyłam na małą wycieczkę do sąsiedniego miasta w celu obejrzenia kilku samochodów. Po wielu obejrzanych na obrazkach i oczytanych modelach wybrałam kilka, które mogą mnie zainteresować na poważnie i właśnie wczoraj odbyłam pierwszy etap wędrówki po salonach. Okazało się, że jeden z bardzo mocnych typów zasługuje na totalnie niską ocenę. Z zewnątrz- bajka, marzenie, nie mam zastrzeżeń. Wsiadłam, ustawiłam fotel tak jak lubię i jak mi wygodnie (byłymąż twierdzi, że tak nie wolno i kiedyś poduszka powietrzna mnie zabije, ale po pierwsze jestem niska, po drugie mam chyba za krótkie nogi, po trzecie w innej pozycji mój kręgosłup protestuje już po kilku minutach, a przecież na ogół nie mam z nim problemu). Otóż siedzenie musi być dość wysoko i prawie maksymalnie przysunięte do przodu. I w tym prawie idealnym modelu w takiej pozycji okazało się, że moja głowa wbija się w sufit. A wydawałoby się, że przy moim wzroście to niemożliwe. No i jazda wybitnie niekomfortowa, wsiadanie i wysiadanie też, bo obijałam głowę. Byłymąż mówi, że idzie się przyzwyczaić, ale nie wydaje mi się. Pan sprzedawca namówił mnie do spróbowania w innym modelu- i tam było idealnie. Niestety nie jest to ten mój wymarzony i nie do końca spełnia wymagania wyglądu. Jeszcze kilka innych marek do sprawdzenia mi zostało, ale już na wstępie czuję się rozczarowana. No bo jak to tak- ja tu sobie coś wymyślę, opinie i recenzje teoretycznie są zgodne z moimi oczekiwaniami, a rzeczywistość drastycznie odbiega od wyobrażeń. Tak być nie może!

  Dobrze, że książkowo udaje mi się sięgać tylko po te, które mogę ocenić po przeczytaniu co najmniej na 7-8 na 10. Właśnie skończyłam Marcina Wrońskiego "Gliny z innej gliny". W zasadzie to oprócz autora głównego jest jeszcze trzech innych, a temat jest wspólny- Zyga Maciejewski, komisarz policji z przedwojennego Lublina. Retrokryminał, wcześniej czytałam tego typu Marka Krajewskiego i zachwycałam się Eberhardem Mockiem i Edwardem Popielskim. Choć w zasadzie to nie są postacie, którymi powinno się zachwycać, bo mimo, że są po tej dobrej stronie, pracują w policji, tępią zło, karzą bandytów i morderców, to niestety mają ciężkie charaktery i więcej można powiedzieć o nich złego niż dobrego. Powieści z ich udziałem są ociekające brudem, złem, pełne obrzydliwości, alkoholu, dziwek i innych postaci z półświatka. Nawet mój ulubiony Harry Hole przy nich wydaje się niewiniątkiem. Ale mimo to są wciągające, żaden z tych "stróżów prawa" sam z siebie nie wzbudza sympatii, ale na tle całości- da się wykrzesać jakieś pozytywne uczucia. No i czytanie wciąga. Ale bez wyobrażania sobie wydarzeń, bo chyba wyszłoby z tego coś jak "Kobiety mafii", a nie jest to film budzący we mnie pozytywne odczucia. Zresztą co kto lubi. W każdym razie sięgnę po pozostałe książki pana Wrońskiego o komisarzu Maciejewskim (tak, tak, kolejne pozycje do kolejki, idzie zwariować z nadmiaru). A teraz jestem już w końcówce zbioru opowiadań "Bestie i ludzie" Jacka Piekary, tego od Mordimera Madderdina. Niesamowita, nierealna atmosfera, trochę fantasy, trochę psychothrillera z wieloma niedopowiedzeniami. Smakowite, ale też tylko dla wielbicieli gatunku. Ja lubię. I daję stanowczo wyższe oceny.