Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
czwartek, 07 grudnia 2017

    Ot, w zasadzie nic wielkiego. Czasem wydarzy się coś, co przyprawia mnie o gorszy humor, czasem o czymś zapomnę lub za długo pamiętam, czasem coś zrobię, mimo że nie powinnam lub wręcz przeciwnie. A bywa też, że zbieg okoliczności tak się splecie, że padam na twarz i obijam metaforycznie kolana. Tak, tak, w zasadzie nie ma tragedii, a nastrój leci w dół jak jabłko na głowę Newtona. Za mocno przejmująca się jestem i w każdej takiej sytuacji doszukuję się dramatyzmu jak z Szekspira czy Słowackiego. Głupia i przewrażliwiona ja.       

    Dla lepszego ukazania całości- dzieciaki z naszego klubu tanecznego miały sesję zdjęciową zorganizowaną przez trenerów, potem ma być z tego kalendarz i inne gadżety. Najpierw zdjęcie grupowe- ustawienie ponad 130 dzieciaków (najmłodsze to nawet poniżej 6 lat) i zrobienie im kilku zdjęć zajęło prawie 1,5 godziny. Filip też chciał być na tym zdjęciu, więc po szkole w pośpiechu obiad i lecimy. Cukier przed obiadem niski, więc najpierw je, potem insulina. I w tym pośpiechu zapomniałam o podaniu insuliny. Cukier wywindował się do 300. Zachodziłam w głowę dlaczego, dopiero dużo później doszłam gdzie była przyczyna. Po zdjęciach grupowych sesje indywidualne par sportowych czyli między innymi Mateusza, w strojach turniejowych. Mati we fraku, pozowali jako przedostatnia para. Kiedy go odbierałam, w pośpiechu zostawiłam na parapecie sali torbę z koszulą i wszystkimi akcesoriami do niej. Kiedy się zorientowałam następnego dnia, poleciałam do domu kultury, gdzie była ta sesja. Torby nie ma. Dzwonię do trenera- nic nie wie. Dzwonię do fotografa- absolutnie nie wziął niczego poza swoim sprzętem, jego pomocnik też. Para, która miała zdjęcia po nas- nie zauważyli. Tylko siąść i płakać. Bez tej koszuli frak nie nadaje się do tańca. Można ją dokupić w Warszawie, ostatecznie da się na odległość, ale trzeba ją jeszcze dopasować, do tego spinki, kołnierzyk, kołeczki do kołnierzyka. Rozpacz... Dobrze, że głupiemu szczęście sprzyja- wieczorem sms od trenera, że jego żona wzięła tę koszulę, ale nie wiedziała czyja, a oni się przez cały dzień nie widzieli. Ulga...   

   Przy  okazji dowiezienia chłopaków na te zdjęcia udało mi się zatrzasnąć w toalecie domu kultury. Po prostu fantastycznie. Już myślałam, że utknęłam na dobre, bo nie dało się w żaden sposób otworzyć zamka ani zdjąć drzwi, ale jedyny pozytyw tej toalety- boksy nie były zabudowane do sufitu, więc udało mi się wyjść górą przy pomocy kilku starszych chłopaków z klubu. Jak Wam się podoba?Wstyd mi było nie z tej ziemi. Jak pech to pech. Teraz się z tego śmieję (cudny widok- pani w średnim wieku, z "lekką" nadwagą, gramoląca się na ścianę i skacząca z wysokości około 3 metrów w objęcia chłopaków we frakach), ale wtedy nie było mi do śmiechu. 

     Przez to moje choróbsko nie mogę pojechać na jogę. Niby specjalnie źle się nie czuję, ale kaszel przeszkadza. I taka ta choroba nijaka- leki nie pozwalają rozłożyć się całkowicie, ale wyzdrowieć też się nie da natychmiast. Do pracy chodzę, bo nie jest to zaraźliwe, zresztą nawet gdybym była umierająca i jedną nogą w trumnie, to i tak bym usłyszała- a może jeszcze mnie pani przyjmie? Wiadomo, każdy ma swoje potrzeby. Dziś trafiła mi się starsza pani, w zasadzie dotychczas omijała mnie szerokim łukiem, ale od kilku tygodni uparcie mnie nawiedza. A problemów ma sporo, więc jej wizyta to nie 10 minut, prawie godzina, robi się poślizg. Na dodatek pani jest dość problematyczna i ciężka do rozpracowania, więc wypluta po tej godzinie jestem totalnie. I wcale nie mam pewności, że zastosuje się do moich zaleceń, bo ona ma inne wyobrażenia, a na kolejnej wizycie wyprostować ten galimatias, to graniczy z cudem.   

    Filip znów ma fazę na złe samopoczucie, bóle brzucha i głowy. Zwłaszcza w szkole. Najchętniej by do szkoły w ogóle nie szedł, a jak już pójdzie, to telefony co 15 minut, że coś się dzieje. No i w kropce jestem- tych momentów z różnymi dolegliwościami jest mnóstwo, jeśli przy każdej dupereli będę go zabierać ze szkoły, to nie za dobrze. Z drugiej strony- nie zawsze mogę na 100% zweryfikować, że to tylko symulacja, bo przecież przy tych cukrowych huśtawkach ma prawo źle się czuć. I tak źle, i tak niedobrze. Ostatnio trochę pozapominał o odrabianiu lekcji i w konsekwencji była 1 z klasówki z historii, pisanie zaległego wypracowania z polskiego, kilka zaległych kartkówek do napisania, mnóstwo uzupełniania. A tu chce się czytać. Aż się panie z biblioteki ze mnie śmiały, kiedy wpadłam oddać jego książki i nic nie chciałam wziąć do czytania. Bo Filip miał "karę"- zabroniłam mu czytać, zanim nie nadrobi wszystkiego. Dotkliwa kara. 

     Mateuszowa partnerka uparcie twierdzi, że nie zatańczą na turnieju u nas. Bo nie są gotowi. Mimo że trener mówi co innego. A jej mama burknęła do mnie, żeby jej nie zmuszać, skoro nie czuje się na siłach. Na treningu nie było warunków do rozmowy, ale lekko mnie zagotowało- to Mateusza można było wielokrotnie zmuszać do dalekich wyjazdów, można było wręcz szantażować i nie było dyskusji, a tu takie coś? Mati miał dziś wręczyć partnerce bukiecik z rafaello w podziękowaniu za zdobytą klasę C, ale nie zrobił tego- bo jak stwierdził- była tak wściekła, że bał się z nią w ogóle rozmawiać. Paskudna sytuacja, ja rozumiem emocje, stres, ale taniec polega na współpracy, nie ciągłym udowadnianiu, kto ma większą rację. Tańczą ze sobą ponad 3 lata, dobrze im idzie w tańcu, a dogadać się ciężko. Zmiana partnerki nie jest prostą sprawą... 

     Jak dodam do tego klucze, które mi się wiecznie gdzieś gubią, rozrabiające koty, prawie egipskie ciemności (choćby dziś- rano kiedy wychodziłam do pracy było jeszcze ciemno, w pracy okno zasłonięte żaluzjami, po pracy było już ciemno), pośpiech, brak czasu, zbliżające się święta i mnóstwo innych drobiazgów, to będzie pełen obraz mojego pasemka niepowodzeń i rozpaczy. W zasadzie nic specjalnego...

Dodatki na bloga