Darmowy licznik odwiedzin
RSS
poniedziałek, 05 lutego 2018

  No to się doigrałam. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Moja czujność się nieco uśpiła i mam za swoje. Wspominałam już, że noc z soboty na niedzielę była z cukrem na poziomie poniżej normy i to solidnie. Kiedy dzisiejszej nocy o 2 cukier był koło 90 z tendencją spadkową, postanowiłam zmniejszyć bazę. Nie założyłam okularów, ale przecież całkiem ślepa jeszcze nie jestem! Tak skutecznie zmniejszyłam bazę, że jak się potem okazało- zawiesiłam pompę. Obudziłam się o 5.30. zazwyczaj wstaję o 6, ale coś mnie tknęło i poszłam zmierzyć cukier (bo od 2 nie słyszałam budzika). Było już prawie 380. W moczu sporo ciał ketonowych, do tego Filip miał straszliwe nudności. No i było po szkole- pierwszy dzień po feriach zaczęliśmy od niezamierzonych wagarów. Dopiero po 6 godzinach, kilku korektach, 2 litrach wody z cytryną doszliśmy do normalnego poziomu. 

  Zła jestem na siebie. Głupi błąd, chwila nieuwagi i lenistwa i takie konsekwencje. Gdyby to mnie zabolało, to trudno, przeżyłabym, ale Filip ma kolejny dzień wyjęty z życiorysu, w szkole oczywiście zaległości, przez kilka godzin leżał ledwie żywy, a już nie chcę nawet myśleć jakie spustoszenia na przyszłość zrobił ten wysoki cukier i ketony. Mózg źle reaguje na takie poziomy, zresztą podobnie jak i na niskie. Niby człowiek ma tych komórek mózgowych spory zapas, wykorzystuje i tak niewielką część, ale mimo wszystko niszczyć je z głupoty to trochę nierozsądne. Wiem, błąd każdemu może się zdarzyć, dobrze, jeśli da się go naprawić. 

   W pracy kolejny błąd. Tym razem nie mój. W sumie trudno to nazwać błędem, bardziej lekceważeniem, brakiem zrozumienia. Nie do końca udało mi się sprawę wyjaśnić, bo z kolegą (tym starym, który pracuje z nami od wielu lat) minęłam się w drzwiach, ja wchodziłam, on wychodził, nie miał ochoty na dłuższą rozmowę. Zasygnalizowałam mu, o co chodzi, z tego co mi odpowiedział, zrozumiałam, że on czuje się w porządku. Ja widzę to inaczej. Zobaczymy co jutro na spokojnie mi powie, ale chyba będę wredna i poruszę tę kwestię z szefową. nie może tak być, żeby udawać, że się pracuje i narażać innych na ponoszenie konsekwencji zaniedbań. Tym razem nie doszło do najgorszego, ale co będzie kolejnym razem? Kolega uważa, że ma jakieś specjalne przywileje? A od czarnej roboty mam być tylko ja? Dobrze, że pozostali dwaj nowi koledzy starają się. Powolutku zaczyna być widoczne światełko w tunelu, daje się już odczuć obecność dodatkowych rąk do pracy. Zamiast zwyczajowych 50 osób w poniedziałek, dziś było u mnie tylko 40. To już duża ulga. I oby tak dalej.

  A poza tym zrobiło się przeraźliwie zimno. W nocy -8, w dzień -4, ale z ostrym wiatrem, więc wydawało się, że jest jeszcze zimniej. Wracałam po 18 z pracy i przewiało mnie na wylot. Długo nie mogłam się rozgrzać, dopiero gorąca kąpiel zlikwidowała to nieprzyjemne uczucie. Przez te wszystkie perypetie jestem dziś niezbyt zdolna do dłuższego siedzenia i jakiegokolwiek działania. Muszę tylko jeszcze pozmieniać dźwięki dzwonków budzikowych w telefonie, bo do dotychczasowych chyba już za bardzo się przyzwyczaiłam i wcale mnie nie budzą. A potem udaję się w objęcia Morfeusza, dobranoc...