Darmowy licznik odwiedzin
RSS
środa, 03 października 2018

  To jest po prostu niewiarygodne- choćbym nie wiem ile pracowała, to i tak w pewnym momencie jeszcze mi się tej pracy dołoży. A mam w sobie za mało asertywności, żeby odmówić. Może nie tak całkiem za mało, bo w pewnych sytuacjach odmawiam i nie dam się przekonać (jeszcze), ale niestety w wielu innych pracuję bardzo intensywnie.

  W mojej normalnej pracy- grafik jako- tako dograny, tak, żeby pasowało i nie kolidowało ze szkołą, zajęciami pozapracowymi i żeby nie trzeba było latać z wywieszonym jęzorem. Zdarzają się dni, kiedy udaje mi się pracować na spokojnie, trochę dodatkowo poedukować, nieco bardziej wgłębić się w problemy, ale niestety zbyt rzadko mam taki luksus. Jeśli są zapisane osoby co 10 minut przez 4-5 godzin, to naprawdę nie ma szans na nic więcej poza rutynowymi działaniami i "następny proszę". A potem nawet jeśli trafi się chwila luzu, to po takim maratonie w głowie już tylko wiruje i nie jestem w stanie intensywniej myśleć. Tak więc nie dziwcie się, moi drodzy czytelnicy, że macie wrażenie jakoby wasz lekarz rodzinny olewał wszystko i wszystkich. On po prostu w tej gonitwie już się zagubił i nie ma możliwości zająć się dogłębnie problemem. A jeśli przy okazji musi rozwiązać kilka problemów organizacyjnych (bo to zaświadczenie do MOPS to musi być na już, a skierowanie do sanatorium to w zasadzie na wczoraj) i socjalnych (ale babcią nie ma się kto opiekować albo ja nie mam czym dojechać do lekarza)- to tym bardziej kołowrotek w głowie miesza wszystko. I niestety nie zanosi się na poprawę sytuacji. W tej chwili pracujemy w piątkę i nadal się nie wyrabiamy. Ze strachem myślę o sezonie chorobowym w pełni, będzie ciężko. Tym bardziej, że to nie jest tak, że po pracy mam luz. Trzeba czasem coś doczytać, dokształcić się, poszkolić, żeby być w miarę na bieżąco. Postęp nauki jest tak szybki, że co najmniej połowa mojej wiedzy ze studiów jest już nieaktualna, a spora część to zdobycze ostatnich lat- a przecież też muszę wiedzieć o nich cokolwiek. Szkolenia, konferencje? Owszem, w czasie wolnym typu sobota, za spore pieniądze (własne), plus dojazd, noclegi. Cóż, rozwój kosztuje...

  Próbowałam ograniczyć ilość dyżurów. Próbowałam- marnie mi to wyszło. Na październik zaplanowałam 3 stacjonarne i 3 pod telefonem. To i tak stanowczo za dużo. W efekcie końcowym mam 4 pod telefonem i 4 plus jedną noc stacjonarne. Bo nie ma chętnych do pracy. Starsi są już zmęczeni, młodzi nie mają ochoty tyrać jak niewolnicy. Bo może nie jest to ciężka praca, ale potrafi wykończyć- ostatnio na jednym z dyżurów miałam w nocy (czyli od 22 do 6 rano) 14 osób. Niby niewiele, ale to była przecież noc, czas, kiedy powinno się spać, odpoczywać, regenerować siły, żeby następnego dnia pójść w pełni sprawnemu do pracy. Nikogo to nie obchodzi. Pewnie- mogę po dyżurze wziąć wolny dzień i odpocząć (tylko wtedy za ten dzień mi nie płacą). Ale w zasadzie to bez sensu- po co w ogóle wtedy chodzić na dyżury. Właśnie- mogłabym ich nie brać. Ale wtedy jest skamlanie i błaganie- bo dyżury nie obsadzone. Błędne koło.

  A co jakiś czas mam kolejne propozycje- może jakiś dyżurek w hospicjum, a może przyjęłabym kogoś prywatnie. O nie! Co za dużo, to niezdrowo. Swoje już tak naprawdę odpracowałam. Gdyby tak przeliczyć wszystkie godziny, które spędziłam w pracy przez te 20 lat, to pewnie od dobrych paru lat powinnam być na emeryturze i leżeć pod palmą. Kto normalny tyle pracuje? No owszem, dzięki temu zarabiam, ale nie mam życia. Już i tak w porównaniu do lat ubiegłych staram się znacznie mniej czasu poświęcać na pracę, co niezmiennie dziwi moje dzieci- jak to, to mama nie idzie dziś znów do pracy lub na dyżur?. Bo wielokrotnie bywało tak, że przez cały weekend nie bywałam w domu, biegłam z jednego dyżuru na drugi, w międzyczasie tylko zmieniając torbę i chwytając coś do jedzenia (to był bardzo kiepski okres, kiedy to przez nietrafioną inwestycję byłegomęża wpadliśmy w spore długi, kredyty i ktoś musiał pracować, żeby się z tego wygrzebać.  A potem poszło siłą rozpędu, skoro okazało się, że można, to była ochota na to, tamto i jeszcze na coś innego, więc znów trzeba pracować...). Na razie jeszcze moje zdrowie pozwala mi na to, choć też przecież nie jestem z żelaza, pewnie kiedyś odpokutuję boleśnie ten brak szacunku dla własnego organizmu.

  Totalna głupota. Choć niektórzy nazywają to powołaniem. A inni pazernością. A ja? Tylko głupotą... Ale taka jest specyfika tej mojej pracy. Można by o tym dużo pisać. O właśnie- nie zrobiłam comiesięcznego podsumowania czytelniczego za wrzesień, może jutro lub pojutrze mi się uda. Wspomnę tylko o jednej z książek wiążącej się z tematem dzisiejszego wpisu- "Agonia. Lekarze i pacjenci w stanie krytycznym" Pawła Kapusty. Jest to zbiór 11 reportaży bardzo dobitnie pokazujących absurdy systemu i realia polskiej służby zdrowia. Tematy naprawdę mocne, bardzo prawdziwe. Może osobom "spoza" wydadzą się lekko przejaskrawione, ale ja znając temat od środka uważam, że są przedstawione bardzo rzetelnie i ciekawie. Tylko co z tego... Dużo się mówi o wszelkiego rodzaju patologiach, o znieczulicy, o biurokracji, ale nie idą za tym konkretne działania. Nie ma odważnych do naprawiania systemu. Na razie jest on łatany dzięki dobrej woli pracujących w nim ludzi. Jak długo? Któż to wie...Wszystkim ważnym i decydującym taka prowizorka odpowiada, bo gdyby spróbować naprawdę solidnie potrząsnąć i zreformować całe to bagno, to okazałoby się, że wszystko runęło z wielkim hukiem i nie ma co zbierać. A tak, to jakoś idzie, tu się załata, tam przymknie oko, gdzie indziej zagra na uczuciach i można odhaczyć kolejny dzień. Nikt nie jest z tego zadowolony, a mimo to godzimy się na taki stan rzeczy. Kiedy zaczynałam pracę i widziałam te wszystkie absurdy, nieprawidłowości- oburzałam się, chciałam naprawiać świat. Potem parę razy dostałam po nosie, najczęściej właśnie od tych, którym tak usilnie starałam się pomóc i przeszło mi. Staram się wykonywać swoją pracę rzetelnie, solidnie i z zaangażowaniem, ale nie będę już się poświęcać dla dobra sprawy i szarpać swoich nerwów. Nie warto. Medal w zaświatach nie pomoże moim dzieciom, a farbowanie siwych włosów od 30 roku życia chyba o czymś świadczy.

21:37, aga-joz
Link Komentarze (5) »