Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
czwartek, 02 listopada 2017

   Na cmentarzach nastrojowo, płoną znicze, powódź kwiatów- jak co roku, a może nawet i nieco strojniej i bardziej bogato. Wczorajszy dzień tradycyjnie jak co roku spędziłam w rozjazdach. Moje "rodzinne" cmentarze są dość daleko, więc najpierw objechaliśmy groby, a potem na obiad do rodziców. Pogoda średnia, ale nie tragiczna, przynajmniej nie wiało za mocno, nie było ulewy ani mrozów i śniegu po kolana. Czas spędzony u rodziców jak zwykle bardzo przyjemny- dużo śmiechu, trochę poważnych dyskusji, rozrabiające dzieciaki. Lubię te nasze rodzinne spotkania.

  A mogło nie być tak miło, ale za wszelka cenę postanowiłam nie psuć sobie nastroju i nie zwracać uwagi na wybryki innych.Zaczęło się od byłegomęża- ponieważ we wtorek miałam dyżur, więc został z chłopakami. Rano, kiedy dotarłam już do domu, byłymąż dopytywał o nasze plany. Poinformowałam go, że zaraz budzę chłopaków, śniadanie, msza i jedziemy. Usłyszałam, że nie mam serca, wolny dzień, ósma rano, a ja nie dam im pospać. Bez komentarza- myślę, że nie zrobiłam im krzywdy tak wczesną pobudką. Potem w kościele- telefon miałam wyciszony, ale czułam, że wibruje od przychodzących sms-ów. Myślałam, że to rodzina może czegoś chce, ale nie, to mama tanecznej partnerki Mateusza. Znów zaczyna się problem turniejowy. A ona ma stanowczo za dużo czasu i w kółko mnie molestuje.

  Przez chwilę było nieco spokojniej, awansowali w standardzie do tej wymarzonej klasy B, grafik turniejowy nieco się poukładał i już myślałam, że na spokojnie uszyjemy ten frak i wtedy będą dalsze wyjazdy, ale jednak nie. Przecież zostało nie wykonane zadanie- awans do klasy C w łacinie. Potrzebne są 2 miejsca medalowe i nie ma siły, trzeba to natychmiast zrobić. Żeby zdobyć te miejsca, trzeba pojechać na turniej. Ot, choćby w najbliższą niedzielę do Skierniewic- przecież to tylko ciut ponad 300 km. Po prostu nic takiego, przemieścimy się lotem błyskawicy, dzieciaki zatańczą te 4 tańce, medal i załatwione. Wredna jestem, ale powiedziałam zdecydowane nie. Nie stracę niedzieli, żeby zyskać jeden medal- o ile w ogóle udałoby się go zdobyć. Odpuściła, ale bombardowanie sms-ami trwało wczoraj i dziś. Bo muszą, po prostu MUSZĄ pojechać na te turnieje i wywalczyć ten awans. A mnie opadają ręce i wszystko inne. Staram się podawać rozsądne, logiczne argumenty. Tłumaczę, dlaczego nie uważam tego za konieczne. Próbuję przekonać, że ten awans to naprawdę nie jest sprawa życia i śmierci. Otóż właśnie wychodzi na to, że jest. Tylko nie wiem dla kogo, bo Mateusz wcale tak nie uważa i też nie ma ochoty podróżować 4 albo i więcej godzin, żeby zatańczyć przez 5 minut i wrócić z niczym. Ale do mamy partnerki nic nie trafia. Beton, skała, nie do skruszenia. Argumenty z jej strony? Ależ to pasja naszych dzieci, trzeba się czasem dla nich poświęcić, skoro to kochają. W końcu ona dowozi swoją córkę 3 razy w tygodniu po 45 kilometrów, żeby rozwijała swoje zainteresowania. Tyle czasu, tyle kilometrów, zaniedbuje młodsze dzieci, a ja tu torpeduję fantastyczną karierę taneczną. Żeby nie było- z tą karierą to nie przesadzajmy. I nie torpeduję- ot, choćby moje plany dyżurowe na listopad dostosowałam do grafiku turniejowego- w sobotę miał być turniej w Iławie, planowaliśmy jechać, ale niespodziewanie turniej znikł z tego terminu, a po kilku dniach pojawił się, ale już 3 tygodnie później. Wtedy miało nie być żadnego turnieju, więc zaplanowałam dyżur, no i klops. Jak to nie pojedziemy? Przecież chyba mogę zamienić dyżur? Właśnie nie mogę, bo już nie mam na kiedy. No tak, przez moje fanaberie- czyli pracę- znów ucieknie kolejny turniej. Ale nic to, oni pojadą, zabiorą Mateusza, tylko trzeba go będzie do nich dowieźć. Nieważne, że Mati wcale nie ma ochoty. To już postanowione, jest turniej, trzeba jechać i tyle. Kiepsko się czuję, kiedy trwa taka wymiana sms-ów. Tym bardziej, że jestem w pracy, nie zawsze mogę odpowiedzieć- w końcu pracuję, a tu telefon pika mi co chwilę. Nie wiem już jak rozmawiać, nie chcę i nie umiem być bezpośrednio chamska, ale chyba w końcu będę musiała, bo nie trafiają do niej żadne spokojne argumenty. Nawet to, że jeśli będą tak bardzo naciskać, to Mateusz będzie miał dość i zrezygnuje z tańca, a wszystko niestety zmierza w tym kierunku...

   To jeszcze nie wszystko, jeśli chodzi o zawirowania tańcowe, ale tak mnie rozstraja ten problem turniejowy, cała ta dyskusja oraz pisanie o niej, że na dziś mam dość. 

Dodatki na bloga