Darmowy licznik odwiedzin
RSS
środa, 14 lutego 2018

  Czuję się sama nie wiem jak. Niby nic. Dla większości ot, rzecz niewarta uwagi, sprawa przeze mnie wyolbrzymiana, bo cóż niby takiego się stało. Nic, zupełnie nic. W końcu to tylko odrobina mojej dobrej woli, raz, drugi, trzeci. Skoro mogę, skoro potrafię to dlaczego nie chcę? No właśnie, dlaczego? Czy komuś przyjdzie do głowy, dlaczego?

  Zacznijmy jednak od początku. Okres infekcji, szalejące grypy i przeziębienia, dużo chorych. Każdy chce do lekarza, najlepiej już i natychmiast. Pomijam fakt, że pierwsze 2-3 dni najlepiej leczyć się objawowo i niekoniecznie toną leków. Od zawsze były sposoby domowe, do tego łagodzenie objawów, leżenie i dopiero jeśli to nie pomaga- wizyta u lekarza. Na pewno też nie ma co się domagać od pierwszej chwili choroby antybiotyku- na zasadzie "bo mnie to nigdy bez antybiotyku nie przechodziło". Epopeje można by pisać o tym co się obecnie dzieje. Jednym z problemów są osoby starsze, obciążone dodatkowymi chorobami, niesprawne ruchowo, często leżące. Takie osoby w razie choroby wymagają wizyty domowej i z tym nie ma co dyskutować. Bywa tych wizyt czasem sporo, dlatego żeby się wyrobić czasowo, trzeba je rozważnie planować w zależności od stanu danej osoby. I na pewno nie jest wskazaniem do wizyty domowej "nie mam czym przyjechać", "tak źle się czuję, że nie dam rady dojść". Rozumiem, że to duża niedogodność, ale niestety czas wizyt rozciągliwy nie jest, a w okresie wzmożonej zachorowalności co druga osoba ma taki problem. Dziś miałam umówioną wizytę do starszej pani (85+) od lat leżącej, z wieloma obciążeniami kardiologiczno- neurologicznymi. Wizyta jak najbardziej uzasadniona, wyszło zapalenie oskrzeli. Ale- skoro już jestem, to jeszcze przyjechała wnuczka i też jest chora, czy mogę ją zbadać. Wnuczka młoda, sprawna, nie gorączkująca. Westchnęłam w duchu, cóż, nie będę taka nieużyta, zbadam, co prawda leków na receptę jej nie wypiszę, ale przynajmniej powiem co dalej robić. Ok, zbadałam. Chwilę później- to może jeszcze bym osłuchała dziecko wnuczki, bo też coś kaszle. Zaznaczam- osoby jak najbardziej sprawne i wcale nie w stanie ciężkim. Tylko przy okazji... Bez żadnego zakłopotania, obiekcji, po prostu skoro już jestem, to trzeba mnie wykorzystać. 

   Wieczorem, jestem już w domu- dzwoni mama partnerki Mateusza. Odbieram, bo przecież dziewczyna po skręceniu kostki, czekamy kiedy będzie mogła zacząć znów trenować. Okazuje się, że potrzebuje receptę na lek stosowany w rehabilitacji, w aptece już dostała, musi tylko donieść receptę. No i tak jej się nie chce iść do swojego lekarza rodzinnego, pomyślała, że przecież mają mnie pod ręką, więc bardzo proszą o wypisanie, mogę nawet na siebie wypisać tę receptę, to nie ma znaczenia, w przyszłym tygodniu odbiorą, bo już pewnie będzie można zacząć tańczyć. Taaaak, mieszkamy ponad 40 km od siebie, poradnię mają na sąsiedniej ulicy... Nie mówiąc już o tym, że wypisywanie recepty, nawet tej pełnopłatnej i nierefundowanej, na osobę, która nie potrzebuje tego leku, to po prostu fałszerstwo. Czepiam się? No pewnie, że się czepiam. Co mi szkodzi, to tylko taka przysługa, a fałszerstwo- niska społeczna szkodliwość czynu, w razie czego umorzenie...

   Tak się zastanawiam- skąd to przyzwolenie na takie wykorzystywanie. Mam znajomą nauczycielkę- kiedy jest u mnie, to może poproszę, żeby przy okazji odrobiła lekcje z moim dzieckiem, co jej szkodzi? Spotykam w mieście znajomą księgową- tak nie lubię tego liczenia, wypełniania rubryczek w PIT-ach, może wręczę jej plik papierów, w sumie co jej szkodzi, żeby mi pomogła. Idę do biblioteki z całą torbą książek, po drodze spotykam panią bibliotekarkę, to może dam jej te książki, niech zaniesie, skoro i tak idzie do pracy. A jakby jeszcze coś mi wypożyczyła i przyniosła- to chyba nie za wiele oczekuję, prawda? Sąsiadka pracuje w sklepie, a tak mi się nie chce po pracy robić zakupów- w sumie mogłaby wziąć ode mnie listę, skończy pracę, wrzuci te kilka rzeczy do koszyka, przyniesie do domu, w końcu przy okazji... A moja ulubiona fryzjerka- farbować to może niekoniecznie, ale uczesać tak przy okazji? Mogłabym tak jeszcze wymieniać i wymieniać. Ale pewnie większość normalnych osób popukałaby się w głowę. Nie przeszkadza mi zupełnie, kiedy w sytuacjach towarzyskich ktoś prosi o wyjaśnienie czegoś z zakresu medycyny, rozjaśnienie wątpliwości, wskazanie kierunku- takie normalne rozmowy, pytania. Od razu uprzedzam- jeśli ktoś z moich czytelników potrzebuje tego typu porady, jak najbardziej mogę to zrobić, nawet z przyjemnością, bo przecież pomaganie nie jest złe. Na pewno nie będę leczyć na odległość, ustalać leków, zlecać badań- tego nie powinno się robić. Ale wymuszanie na mnie mojej normalnej pracy? Poza zakresem tego, co do mnie należy, za co mi w końcu płacą. Wiem, to też pomaganie, ale chyba pewna granica została przekroczona, zanim ta osoba zastanowiła się, czego ode mnie wymaga.

    Źle się czuję w takich sytuacjach. To czego mi brakuje, to podobno nazywa się "asertywność". Powinnam odmówić. Zaprosić wnuczkę i jej dziecko do poradni, zbadać, wypisać leki. Mamie partnerki wytłumaczyć czym jest fałszowanie dokumentu, jakim jest recepta. Za miękka jestem. Siedzi we mnie grzeczna osóbka, która nie umie odmawiać. Jedyny plus, że uświadamiam sobie swoje błędy i dzięki temu nieco rzadziej je (może) będę popełniać. A i tak gdybym odmówiła, to nie spotkałabym się ze zrozumieniem. W końcu króluje stereotyp pazernego konowała, co to tylko patrzy, jak nic nie robić, a zarobić jak najwięcej, nie dba o pacjentów, nieużyty, niedouczony, gburowaty. Moja wiedza jest cenna. Studia 6 lat, staż, specjalizacja, ciągłe kształcenie. A przecież to "tak przy okazji" nic nie kosztuje, wiedzy mi nie ubędzie...

   Wiem, marudzę, piszę rzeczy niezrozumiałe, więc wybaczcie, jeśli kogoś uraziłam. Tylko tak mi przykro, że się mnie nie szanuje. Mentalność "po znajomości" jest koszmarna. I jeszcze raz napiszę- co innego po ludzku doradzić, a co innego pracować "za frajer". Niestety przede mną jeszcze pewnie wiele takich sytuacji. Nie wiem jak koledzy potrafią odmawiać, a potrafią. Też przykład z dziś- kolega odmówił, bo on się tym nie zajmuje. Zapłakana kobieta przyszła do mnie, poza zapisami, bo potrzebuje pomocy dla dziecka (choć już dorosłe to dziecko). W możliwym i nie kolidującym z prawem zakresie pomogłam. Dla idei. I za darmo, bo nie ubezpieczony. Jak się szefowa dowie, to zmyje mi głowę, w końcu naraziłam ją na stratę, choć tak naprawdę to tylko mój czas i wiedza zostały wykorzystane. Ach, jak fajnie być "młodą lekarką na rubieży"!