Darmowy licznik odwiedzin
RSS
środa, 11 kwietnia 2018

   Miałam napisać o tym wczoraj, ale chyba jakoś nie zdążyłam, prawdopodobnie padłam, zanim udało mi się sklecić parę zdań. Ale już jestem i wywiązuję się z obietnicy. Krótkim słowem wstępu- każdy z nas chyba lubi być doceniany jako człowiek, jako pracownik, jako członek społeczeństwa czy rodziny. Każdy rodzaj doceniania miewa też poza satysfakcją i wymiar praktyczny, czasem finansowy, czasem są to inne korzyści. Ja na ogół czuję się doceniana, chwalona, czasem wręcz pożądana, głównie w kwestiach pracowych, ale nie od strony szefostwa, a raczej osób mających ze mną kontakt. O niezadowolonych za wiele nie wiem, choć na przestrzeni ponad 20 lat pracy kilka takich sytuacji było i psuło mi humor na jakiś czas. Porażki przeżywa się bardziej niż sukcesy, prawda? A już te porażki przypadkowe, niezasłużone... Cóż, z wielu źródeł wiem, że opinię mam dobrą, ludzie chcą do mnie przychodzić, kolejki bywają na tydzień i więcej do przodu. Staram się jak mogę, wykonują swoją pracę najlepiej jak potrafię i zgodnie z najlepszą wiedzą, którą też staram się pogłębiać systematycznie. Jednocześnie jestem konsekwentna i nie ulegam żądaniom sprzecznym z moją wiedzą. Jeśli na czymś się nie znam- nie zabieram się do tego i mówię o tym otwarcie, bo przecież nie da się umieć wszystkiego. Za jeden z najważniejszych aspektów swojej pracy uważam słuchanie tego, co do mnie ludzie mówią, tłumaczenie jasno i zrozumiale wszystkich zaleceń, pokazywanie możliwych sposobów postępowania i konsekwencji z nich wynikających, ale też nie zmuszam do niczego. Każdy ma wybór i prawo do decyzji o sobie. Oraz zmierzenia się z następstwami swoich wyborów. Ufff! Nie to, że chcę tu się tak bardzo chwalić, jaka to ja jestem idealna, bo nie jestem, ale wiem, że się staram być jak najbliżej tego ideału.

    A teraz o sytuacji w pasmanterii. Zaniosłam spodnie do skrócenia, pani sprzedawczyni była jedną z tych osób, których nie kojarzyłam (a moi chłopcy mówią, że znam 3/4 mieszkańców miasta i powiatu). Pani poprosiła o podanie nazwiska i zaraz potem zapytała, czy nie pracuję w szpitalu i nie jeżdżę czasem do chorych w domach. No tak, zdarza się, ale nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Otóż dzień przed Sylwestrem miałam dyżur, byłam u mamy tej pani. W pierwszej chwili nie mogłam sobie przypomnieć, po jej wyjaśnieniach skojarzyłam tę wizytę. To była starsza pani, od wielu lat leżąca, w stanie już niestety agonalnym. Niewiele mogłam zrobić, wyjaśniłam rodzinie, co można zrobić w celu ulżenia, jak należy postępować i na co się przygotować. Pani rzeczywiście zmarła tuż przed północą kolejnego dnia. Jej córka stwierdziła, że dzięki tej wizycie i moim wyjaśnieniom udało się im na spokojnie przygotować na odejście mamy, mają poczucie, że zrobili wszystko jak należy i nie bali się momentu samej śmierci. Pani też stwierdziła, że poznała mnie głównie po głosie- spokojnym, kojącym, przyjemnym (choć akurat tego dnia miałam apogeum chrypki i kaszlu). I że jestem właściwą osobą na właściwym miejscu, a swoją pracę wykonuję z powołaniem i dużym oddaniem. 

  Wiem, że to nieładnie tak się chwalić, ale jej słowa bardzo mnie podbudowały. Bo są też potwierdzeniem, że dobrze pracuję, robię to co trzeba i tak jak trzeba. Przecież wcale nie musiała mi tego mówić, byłam tylko jedną z wielu klientek, a jednak w taki piękny sposób podziękowała mi za to, co robię, bo należy to do moich obowiązków. Naprawdę nie potraktowałam ich jakoś wyjątkowo, tylko tak jak zawsze. Mogę być więc z siebie dumna? Pewnie, że mogę. Satysfakcja i napęd na kilka dni murowany.

   Z tym napędem to już przystopowałam. Jutro wyjazd po mnóstwo ciekawej wiedzy. Już się nie mogę doczekać. Tematy świetne, bardzo na czasie, wrócę mądrzejsza. Zmęczona pewnie też, bo dużo tych wykładów, a w sobotę od razu po konferencji jadę na turniej- Mati pojedzie z rodzicami partnerki i spotkamy się na miejscu. W sumie przede mną prawie 1000km i intensywne 3 dni. Ale warto. BluCon niestety nie działa, odeślę go do reklamacji, podobno to się zdarza raz na dziesięć urządzeń. Miałam pecha akurat na takie trafić. Nie będę miała podglądów cukru, więc chłopki będą musieli poradzić sobie głównie sami. Najwyżej cukry będą za wysokie. Boję się tylko, żeby za bardzo nie spadały, bo ostatnio Filip coraz częściej miesza w podawaniu korekt i zmianach bazy. Jeśli tylko cukier podskoczy- od razu chce podać korektę, zamiast poczekać. Tak samo przy niskim- do ostatniej chwili czeka z dosłodzeniem, zapomina o anulowaniu bolusów przedłużonych. Ogólnie jest jakiś bardzo rozkojarzony i nie myślący. Czy to tylko wina cukru, czy może jakaś inna przyczyna? Czasem naprawdę trudno zróżnicować.