Darmowy licznik odwiedzin
RSS
sobota, 10 lutego 2018

    Podstawowe- oczywiście brak medalu w skokach narciarskich. Oczekiwania i nadzieje były z najwyższej półki. Już słuchać się nie dało, jak tym naszym zawodnikom wmawiano, że są na pozycji faworytów, że taka forma, że och! i ach! a historia lubi się powtarzać. Po pierwszej serii już wydawało się, że na medalach można przyczepić kartki z nazwiskami i pozamiatane, rywale mogą się pakować. A tu niespodzianka i to z tych przykrych. Szkoda chłopaków, mieli wyjątkowego pecha, bo tylko tak to można określić. Umiejętności są, ciężką pracą wywalczyli sobie możliwość sukcesu, a zabrakło odrobiny szczęścia. Patrząc na te ostatnie skoki nie wierzyłam własnym oczom, aż mnie zabolało gdzieś tam w środku. Cóż, świat się nie kończy, choć teraz będzie wysłuchiwanie wszelkich ekspertów co, jak i dlaczego. Znaczy słuchać nie będę, bo eksperci mnie denerwują. Najbardziej ci, którzy są ekspertami od wszystkiego, niezależnie od dziedziny, mają jedyne słuszne zdanie na każdy temat, na wszystkim się znają i umieją uzasadnić, a robią to z taką pewnością siebie, że nawet gdybym miała przekonanie, że znam się na tym lepiej, to po ich wypowiedzi szybko bym zwątpiła. Na szczęście szansa na medale jeszcze jest, nadzieję mam, że któryś z naszych skoczków wróci do domu szczęśliwszy. 

   Dziś wieczór ostatkowy, a ja siedzę w domu sama i się zastanawiam. Coś mi się wydaje, że takie samotne wieczory będą się zdarzały coraz częściej. Kuba, który przyjechał na ten weekend, poszedł na obiad do swojej dziewczyny. Swoją drogą- mieszkają razem, a ciągle nie mają siebie dość. Miłe, oby jak najdłużej. Mati jak zwykle- poszedł do kolegów. Cieszę się, że ta szkoła średnia tak go otworzyła na życie towarzyskie. W gimnazjum nie miał takich ciągot, a w sumie przecież w tej chwili spotyka się nadal z kolegami z klasy z gimnazjum. Uczą się w tej samej szkole, choć w innych klasach, a wydaje się, jakby odkrywali się na nowo. Filip też niespodziewanie umówił się z kolegami i jedną koleżanką na wieczór gier. Zaskoczyło mnie trochę, bo to koledzy z klasy o 1 i 2 oczka wyżej. Z kolegami z klasy po raz kolejny okazało się, że nie mają wspólnych tematów, jak to Filip określił- im tylko głupoty i wygłupy w głowie. Niezłe stwierdzenie z ust 13- latka. I trochę smutne, że moje dziecko jest doroślejsze od rówieśników. Tymczasem jak się okazało zebrała się grupka fanów gry Dungeons&Dragons i postanowili spotykać się w sobotnie wieczory, żeby pograć i wspólnie spędzić czas. Wszyscy są spokojni, grzeczni, bardzo inteligentni, więc nie zmartwiłam się słysząc- mamo, ale ja mogę późno wrócić, ty może idź spać, wrócę taksówką. Ciekawostka...

   Wracając do mojego sobotniego wieczoru. Kiedy byłam młodsza (ha! jak to brzmi...), miałam chęć na wyjście z domu, rozrywkę, nawet szaleństwo, nawet męża jeszcze wtedy miałam. Ale miałam też małe dzieci, co to widywały mnie sporadycznie i rozdarta miedzy zabawą a obowiązkiem wybierałam obowiązek, bez większego żalu, bo przecież ten obowiązek był moim szczęściem. Na dodatek ówczesny mąż nie podzielał mojej chęci na wyjścia z domu, więc szybko mi przeszła. W sumie 3 razy udało mi się wyciągnąć go na większe imprezy- bal karnawałowy, impreza sylwestrowa u znajomych i szkolny bal charytatywny. To była porażka, owszem miło spędzony czas na rozmowach, tańców nie było, bo on nie umie, dość szybki powrót do domu, bo teściowa z dziećmi... Po tych szaleństwach uznałam, że nie ma sensu. Natomiast kiedy na byłegomęża przyszedł kryzys wieku średniego i zachciało mu się bywać na imprezach, a nawet tańczyć, to mnie pokonało zmęczenie- praca, dom, dzieci, niedospane noce, nadprogramowe kilogramy, których nie mogłam wcisnąć w żaden fajny ciuch i tak rozminęły się nasze chęci na wspólne imprezy. Byłemumężowi w sumie to nie przeszkadzało, zaczął bywać sam.

  Znów zboczyłam z tematu, jak zwykle. Co mi zostaje na teraz? Oczywiście najwierniejsza towarzyszka- książka. Kawa lub czekolada w wielkim kubku, coś do pochrupania (wiem, mój błąd, stąd te kilogramy), ciepły kocyk. Czasem nie książka a komputer. Na razie jeszcze nie znudziły mi się takie spokojne ciche wieczory. Delektuję się tym rzadkim momentem, kiedy nikt nic ode mnie nie chce, nie mam nic pilniejszego do zrobienia (pilniejszego, bo w ogóle to mam) i mogę spokojnie spędzać czas na rozrywkach jakie sobie tylko wymarzę. Póki co nie jestem rozczarowana. No może trochę tym, że miałam zamiar wybrać się do kina, ale nie mogę. Od kilku dni i jeszcze co najmniej przez tydzień do znudzenia będzie film o Greyu, a nie bardzo mi on do nastroju pasuje, żeby go oglądać. Może telewizja albo coś z dvd?