Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
czwartek, 10 sierpnia 2017

  Nie, na szczęście nic złego się nie stało, ten tytuł to tak dla nadania dramatyzmu. Źle jest z moją kondycją. Zawsze miałam zadyszkę przy wchodzeniu na swoje piętro, czasem większą, czasem mniejszą. Ogólnie nie byłam nigdy jakoś specjalnie wysportowana. Przez ostatnie lata z przerwami chodziłam na jogę i pilates, bywało że i 3 razy w tygodniu. Cierpiałam katusze psychiczne, że nie zawsze udawało mi się dotrzymać kroku tym wszystkim wysportowanym dziewczynom, a bywało, że i paniom ciut starszym ode mnie. Ale wytrwałam, ćwiczyłam tak jak mogłam, najwyżej czasem odpuszczałam, kiedy już rzeczywiście nie dawałam rady. Nawet kiedyś instruktorka pochwaliła mnie za podejście- znam swoje ograniczenia, ale się nimi nie przejmuję i nie zniechęcam. Bo w grupie było kilkanaście osób stale ćwiczących i sporo takich, które przychodziły na kilka zajęć i odpadały. Potem niestety nasza instruktorka zrezygnowała z fitnessu, skupiła się tylko na rehabilitacji, a grupę przejęła pani Ola- zresztą nauczycielka w-fu w szkole moich chłopaków. Ale ona prowadziła tylko pilates- raz w tygodniu i treningi obwodowe (to nie dla mnie). I niestety zaczęło mi nie pasować. To dyżur, to inne zajęcie, to choroba. Mam nadzieję, że od września zgodnie z zapowiedziami pilates będzie 2x w tygodniu i tu już będę miała większe szanse dotrzeć na zajęcia. A jeśli nie, to zmienię miejsce, klubów jest u nas kilka. No ale przez tę przerwę moje mięśnie zastygły w bezruchu. Dziś obudziłam się o 5.30, sama, bez budzika, mój mózg widocznie uznał, że skoro powzięłam myśl o ćwiczeniach, to należy mi pomóc. I co? I jedno wielkie nic. Poćwiczyłam te pół godziny, ale zmachałam się okropnie, na dodatek ledwie dałam radę zrobić najprostsze asany, wszystko mnie ciągnęło i blokowało. Wniosek jest jeden. Jeśli chce rzeczywiście zacząć chodzić na jakikolwiek fitness od września, to muszę zacząć regularnie ćwiczyć w domu, żeby choć trochę kondycji złapać i nie spalić się ze wstydu na pierwszych zajęciach. Muszę i tyle, bo po prostu nie można tak dalej.

   Tak sobie wymyśliłam, dla zachęty- jeśli wytrwam w codziennych ćwiczeniach przez najbliższe 3 miesiące, nieważne czy w domu, czy gdzieś w klubie, nieważne, jaki rodzaj, byle coś było, a na dodatek uda mi się powstrzymać od podjadania i dzięki temu stracę choć trochę kilogramów, to sprawię sobie super niespodziankę. Już powoli myślę co to będzie. Najchętniej zafundowałabym sobie jakąś wycieczkę- marzy mi się Madera. Jest tylko mały problem- ja boję się samolotów, ale wydaje mi się, że skoro udało mi się przetrwać na szalonych rollercoasterach, to może i samolot przeżyję? Ta Madera chodzi mi po głowie od wielu lat, tylko zawsze były ważniejsze sprawy i jakoś nie mogłam zdobyć się na spełnienie tego marzenia. Może teraz, skoro potraktuję to jako nagrodę, to się uda? A jeśli nie Madera, to może być mniejsze marzenie, ale potrzebuję jakiegoś impulsu, żeby wytrwać, nie zniechęcić się po kilku dniach. Naprawdę potrzebuję tej dawki ruchu- to przecież wyzwala endorfiny, dzięki którym czujemy się szczęśliwi.

19:54, aga-joz
Link Komentarze (2) »
Dodatki na bloga