Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
poniedziałek, 31 lipca 2017

  Jak się przez kilka dni zapomni o pisaniu, to potem choćby i człowiek chciał, to nic mądrego już się nie przypomni. A czas pędzi jak szalony i cóż zrobić? Niby dzień podobny do kolejnego, ale nie ma czasu na nudę. Na jakiś specjalny odpoczynek też nie. Pora zabrać się za planowanie sierpniowego urlopu, bo zaraz będzie za późno, tylko oczywiście jak zwykle komplikacje. Kolega miał wziąć swój urlop w pierwszej połowie sierpnia, a coś zaczął wspominać, że raczej w połowie lub pod koniec mu pasuje. Znów muszę kombinować jak dopasować swoje plany. W sumie nie jest to strasznym problemem, ale miałam jakieś tam przemyślenia, układałam sprawy do pozałatwiania i zacząć od nowa wcale mi się nie uśmiecha. A kolega myśli, że mu wolno, choć ustalenie były inne.

  Nie lubię takich nagłych zmian. W sumie kto lubi? Może jeszcze przyjemne niespodzianki, to można zaakceptować, ale kiedy wszystkie plany wywracają się do góry nogami- denerwujące. Nie tak dawno jedna z koleżanek blogowych pisała o swojej niechęci i stresie, kiedy zmienia się ustalony porządek. Sporo z nas pewnie tak ma. Wolimy stagnację, spokojny rytm, bez wyskoków. Owszem, coś tam czasem może się zmienić, ale niezbyt gwałtownie i tylko wtedy, kiedy się tego spodziewamy. Stabilność jest pożądana, wszelkie odstępstwa podnoszą ciśnienie i powodują zamęt. Można się doszukiwać w tym objawów chorobowych, ładniej wygląda zwalanie winy na taki powiedzmy zespół Aspergera, ale nie łudzę się- u mnie to po prostu taki bojaźliwy charakter. Nie mam w sobie odwagi do wpływania na świat wokół, nie chcę rewolucji w otoczeniu. Może być byle jak, nawet źle, byle stabilnie. Czasem coś mi odbije i zaczyna się improwizacja, szaleństwo, ale trwa krótko, potem wracam z podkulonym ogonem do swojej bezpiecznej oswojonej przestrzeni i na długo odechciewa mi się wszelkich niespodzianek. Pewnie, lepiej mieć w sobie odrobinę szaleństwa, nie bać się zmian- w końcu nie muszą być one złem. Ale nie wiadomo dlaczego- najczęściej są. Może gdyby nie poczucie odpowiedzialności za rodzinę, to nie przejmowałabym się tak, ale skoro są dzieci, to moim zadaniem jest zapewnienie im bezpieczeństwa pod każdym względem. I nie ma w tym miejsca na nieprzemyślane decyzje.

  A jeśli chodzi o niespodziewane zwroty akcji- wczoraj piękna pogoda, jeszcze nie upalnie, ale słońce grzeje. Wolny dzień, wymarzony na odpoczynek, plażowanie. Na dodatek w naszym mieście wielka impreza i tłumy ludzi. Przyjechała do nas moja siostra z rodziną, zatrzymali się na jeden dzień w drodze na wczasy. Przed obiadem plaża, po obiedzie idziemy na imprezę, podziwiać pływające "byle co". W połowie drogi nad rzekę Filipa zaczął boleć brzuch. Jak na złość wzięłam inną torebkę i nie miałam przy sobie nic z leków poza niezbędnikiem cukrzycowym. Najbliższy sklep lub apteka daleko. Posiedzieliśmy na ławeczce, po dłuższej chwili było lepiej, więc ruszyliśmy dalej. Za moment znów to samo. Ze względu na tłumy i zamknięte ulice nie było szans na taksówkę. Z kilkunastoma przystankami dobrnęliśmy do cywilizacji czyli sklepu spożywczego, gdzie kupiłam Apap i gdzie mógł dojechać samochód. Musiałam zadzwonić po pomoc do byłegomęża, inaczej się nie dało. W domu Filip dostał jeszcze trochę leków, padł na 3 godziny i wstał prawie zdrowy. Dziś ból brzucha skrócił przejażdżkę rowerową. Zła jestem niesamowicie, bo przyczyn tego bólu może być sporo, niestety muszę zrobić w końcu badania, a jak sama nic nie znajdę- udać się po pomoc do mądrzejszych. Ech, życie...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Dodatki na bloga