Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
czwartek, 30 listopada 2017
Zdarzają się takie dni. Atmosfera wybitnie rodzinna, miłe gesty, jakby wcale nie było rozwodu, zwierzenia, żarty. Cóż, szkoda, że tylko się zdarzają i szkoda, że dopiero teraz. Tak powinno być zawsze, a nie w zależności od humoru. Tak powinno być przez cały czas małżeństwa, a nie przepychanki i walki o to kto ma rację, kto jest bardziej zmęczony, kto komu powinien ustąpić albo coś zrobić. Było, minęło i mam nadzieję, że nie wróci. Bo nawet gdyby byłymąż chciał, to ja już dawno nie, zresztą po tylu upokorzeniach, traktowaniu jak osobistej służącej i bankomatu- nie warto. Aż tak ludzie się nie zmieniają, przebłyski dobroci mogą być, ale to nadal chwile, a nie ciągłość życia. Ale dziś było miło. Byłymąż wpadł na krótko, szalenie zdziwiony, że Filip akurat wychodzi na tańce, jak zwykle zapomniał jaki chłopaki mają rozkład zajęć. Mati jeszcze chwilę był w domu, ale zaraz też się zbierał, ja krzątałam się w kuchni, obiad na jutro, trochę ogarniania mieszkania. Dziś niestety znów się nie wybrałam na jogę, w zasadzie mogłam, udo boli znacznie mniej, ale za to rozpadał się mokry śnieg, na drogach jedna wielka chlapa i ślizgawka, więc wolałam mimo wszystko nie ryzykować wyruszania w dalszą drogę. Atak zimy zazwyczaj wszystkich zaskakuje, jest mnóstwo stłuczek i kolizji, więc nie ma co kusić losu. Darowane godziny wypełniłam sobie pracowicie. No i przy tej krzątaninie było trochę rozmowy. O pracy- w końcu byłymąż wygrał konkurs na stanowisko kierownicze, więc i zarabiać będzie nieco lepiej, choć pracy będzie więcej, ale przecież musi spłacić kredyt za mieszkanie nie czekając do emerytury. I może by zabrał gdzieś chłopaków na wakacje. Ależ proszę bardzo! Ostatnio zrobiłam dobry uczynek- byłymąż od wielu lat musi przyjmować dość drogie leki, co miesiąc to wydatek rzędu 500zł, czasem nawet więcej. Tymczasem niedawno znalazłam mu refundowany zamiennik, akurat w jego chorobie można go wypisać ze zniżką, będzie kosztował ok. 100-150zł. To chyba też wprawiło go w dobry humor. Porozmawialiśmy też o ewentualnym kupnie mieszkania przeze mnie w przyszłości. Dopóki chłopaki są ze mną, nie zamierzam nic zmieniać, ale w przyszłości, kiedy się usamodzielnią, nie będę mieszkała przecież samotnie na ponad 90 metrach. W perspektywie 10 lat będę szukała czegoś mniejszego. Od tego zaczęła się rozmowa o tym, co ewentualnie zostawimy w spadku dzieciom, w czym im pomożemy na starcie, co my dostaliśmy od naszych rodziców. No właśnie- w zasadzie to nie za wiele. Owszem, trochę wsparcia finansowego było, ale raczej drobne kwoty na kupienie czegoś do domu. Wszystko tak naprawdę zdobyliśmy własną pracą, cały swój "majątek" zawdzięczamy tylko sobie. Z domów rodzinnych dostaliśmy to co uważam za najcenniejsze- wykształcenie, przykład, jak należy pracować, dobre rady. Tego się nie kupi.I w sumie nie liczę też na żadne spadki, majątki- kiedyś teściowa coś tam wspominała bezpośrednio po śmierci teścia, że trzeba by to uregulować, zająć się, ale nie podjęłam tematu. Mnie nic do tego, oni we własnej rodzinie niech robią co chcą. W ramach rozmów o hobby, byłymąż zwierzył się, że on też znów zaczął tańczyć. Kiedyś jeździł na zajęcia z salsy, teraz w konkurencyjnej szkole tańca indywidualnie uczy się tańczyć tango. Korciło mnie trochę podpytać, czy uczy się sam, czy może ma jakąś partnerkę, ale jednak ugryzłam się w język. Nic mi w sumie do tego. A niestety zbyt rewelacyjnym tancerzem mimo tych lekcji nie jest, ruchy ma bardzo sztywne i kanciaste, poczucie rytmu średnie. Chyba że się nieco wyćwiczył...Ale za czasów małżeńskich było tak, że na początku ja kochałam taniec, a byłymąż migał się jak mógł. Kiedy już mnie zniechęcił całkowicie, to nagle mu się odmieniło, zaczął chodzić na kurs. Co prawda niewiele mu to pomogło, tym bardziej, że mnie już nie zależało i zapomniałam jak się tańczy. Ot i proza życia- bo w tym cały jest ambaras... Kolejnym miłym akcentem była niespodzianka, jaką zobaczyłam, kiedy wyszłam, żeby wstawić samochód do garażu. Prawie cały dzień padał śnieg, żeby nie zalać topniejącym śniegiem garażu, samochód trzeba było odśnieżyć. Niestety ja jestem z tych niższych osób, a samochód dość wysoki, zwykłą miotełką sięgam ledwie 1/4 dachu. Już kombinowałam jak ja to zrobię, a tu okazało się, że dach i w ogóle cały samochód jest odśnieżony. Byłymąż zrobił to z własnej inicjatywy, nic mi wcześniej nie mówiąc, ja też o tym nie wspominałam ani nie prosiłam o pomoc. Szok po prostu. Do takich zachowań tym bardziej nie jestem przyzwyczajona, bo zazwyczaj o wszystko trzeba było poprosić, potem 10 razy usłyszeć "zaraz", "za moment", a i tak często nie udawało się doczekać. Byłam pod wrażeniem. Nienormalne, prawda? Ale jednak miłe.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Dodatki na bloga