Darmowy licznik odwiedzin
RSS
środa, 04 lipca 2018

  Do pracy piechotą idę około 10-15 minut, ze względu na remont najkrótszej drogi nieco naokoło, między innymi przez łączkę, na której zazwyczaj biegają psy, a potem wśród trawników. Po ostatnich kilku dniach chłodniejszych, a częściowo i deszczowych, na trawę wypełzło mnóstwo ślimaków różnej wielkości, głównie winniczki, ale i wstężyki. Oj, trzeba było uważać wśród trawy, żeby ich nie rozdeptać. Odgłos pękających pod butami skorupek nie jest najprzyjemniejszym rodzajem dźwięku. Akurat ślimaków i żab nie lubię, za to pająki mi nie przeszkadzają.

  A potem cały dzień brałam przykład ze ślimaków, a raczej z ich tempa. Nijak nie mogłam przyspieszyć. Zresztą ogólnie ostatnie dni były bardzo powolne, wręcz ślimacze. Możliwe, że to przez pogodę, bo kiedy po południu zaświeciło słońce i zrobiło się znacznie cieplej, od razu przybyło energii. Nie żeby od razu jakoś dużo, ale przynajmniej zdołałam się ruszyć z kanapy i ogarnąć otoczenie. Wyjątkowo ciężko się zmobilizować. W pracy też, może nie jest tej pracy specjalnie dużo, ale czasem trafi się kumulacja nagłych spraw i potem jestem totalnie wypompowana z energii. Starość czy co?

  Fakt, że w budowaniu dobrego nastroju nie pomogła mi ostatnio przeczytana książka "30 sekund" Sylwii Kubryńskiej. Nie wiem czemu i z czyjego polecenia wrzuciłam tę i kilka innych książek tej autorki do czytnika, ale nie jest to lekka lektura na wakacje. W zasadzie to wpisuje się idealnie w obecną sytuację polityczną z dyskusjami o ustawie antyaborcyjnej, o przemocy wobec kobiet, molestowaniu, dużo jest w niej o samotności, depresji, niezrozumieniu. Bardzo gorzka i bolesna książka. Sama aż takich doświadczeń na szczęście nie miałam i mam nadzieję, że już to mnie nie czeka. W konfrontacji z treścią mogę powiedzieć, że moje dotychczasowe życie było piękne i szczęśliwe, grzechem byłoby narzekać. Ale znam ten świat, te problemy- z pracy. Rzeczywistość bywa czasem jeszcze gorsza i mogę tylko dziękować losowi, że tego nie doświadczam. Cóż, jeśli ktoś się skusi na przeczytanie, to na własną odpowiedzialność. Pozostałe książki autorki odłożę na później, muszę sięgnąć po coś lekkiego na odtrutkę, choćby jakieś bezsensowne romansidło, bo zdołuję się niepotrzebnie, wystarczy mi mojej własnej niekoniecznie przyjemnej codzienności.

   A w tej codzienności oczywiście króluje niepodzielnie cukrzyca. Od kilku dni wszystko się popsuło. Owszem, bywają momenty względnego spokoju, ale w przeważającej części jest koszmarnie. Zwiększona baza, zwiększone przeliczniki, insulina idzie jak woda, a cukier nie spada poniżej 150-180. Wściekam się, bo za 1,5 tygodnia czeka nas pobyt na oddziale, a tu takie fatalne cukry. Hemoglobina glikowana będzie kosmiczna. Wiem, że to nie koniec świata, da się to wyprostować, może coś znów pozmieniać, ale niekomfortowo się czuję. Zawsze mam takie dziwne wrażenie, że ode mnie oczekuje się nieco więcej, bo przecież "się znam". No i co  tego, jak szanowna cukrzyca postanowiła tę znajomość zerwać i uznała, że będziemy w konflikcie? Filip też ma dość. Im gorszy cukier, tym  bardziej nie chce mu się nic z tym zrobić, za to najchętniej jadłby te niekoniecznie zdrowe rzeczy. Staram się jak mogę łączyć te zdrowe i niezdrowe produkty, żeby nie czuł się pokrzywdzony i nie zaczął podjadać po kryjomu. Chipsy raz na miesiąc lub rzadziej bardzo nie zaszkodzą, czekolady prawie nie jada, choć jak ma ochotę to też nie zabraniam. I o dziwo czasem po tych różnych szaleństwach jedzeniowych cukier jest o wiele lepszy niż po jogurcie z owocami. I diabli biorą całe moje starania.

   Czasem najchętniej zamknęłabym się jak ten ślimak w skorupie, odizolowała od wszystkiego, powolutku i konsekwentnie robiła swoje.  A życie pędzi, pędzi niemiłosiernie. Oby się nie dostać pod buty tych pędzących razem z nim, bo jak moja cienka skorupka trzaśnie, to nie będzie ratunku...