Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
czwartek, 05 października 2017

   Że też moje życie nie umie dać mi spokoju i lubi dostarczać niepotrzebnych emocji... W sumie dla większości pewnie nic takiego, ale ja jestem nerwus i czasem byle drobiazg potrafi mnie wyprowadzić z równowagi. Nie wiem, czy to jakiś obowiązek, żeby mi nudno nie było i żebym miała o czym napisać?

  Wczoraj Mati miał kolejną wizytę u alergologa na odczulanie, chodzimy raz w miesiącu. Dotychczas było ono między 16 a 19. Ponieważ jest zazwyczaj dużo ludzi i kolejka na co najmniej 3 godziny, to przychodziliśmy nieco później. A tu niespodzianka- na drzwiach kartka, że na odczulanie należy się zgłaszać między 12 a 15. Szkoda, że nikt nas nie poinformował wcześniej, choć w rejestracji panie twierdziły, że miesiąc temu już tak było. Jakoś nie mogłam sobie przypomnieć. Zresztą nie tylko nas tak zaskoczono. Trochę nerwowa atmosfera się zrobiła, bo ludzie czekający na wizytę byli wkurzeni, ale w końcu udało się. 

  Po powrocie do domu okazało się, że wszystkie miejsca na parkingu pod blokiem są zajęte, nie chciało mi się jechać dalej, więc postanowiłam wstawić samochód do garażu. Ostatnio rzadko to robię, bo na podjeździe sąsiedniego garażu stoi duży samochód i ciągle się boję, że się nie zmieszczę. Ale nie było innej rady, zaczęłam kręcić i wjechałam. Garaż otwierał Mateusz, klucze powiesił na haczyku w środku garażu, zamiast wrzucić mi je do torebki. Ja poszłam na górę, on jeszcze wstawiał rowery, garaż zamyka się zatrzaskując samoczynnie, tylko trzeba nieco przycisnąć drzwi. Dziś rano szukam klucza. Nie ma- ogarnęło mnie przerażenie. Uświadomiłam sobie, że klucze zostały w garażu, a drugi komplet ma Kuba. Tysiąc myśli i kombinacji co robić. Ja do pracy mogę piechotą, dziś samochód nie jest niezbędny, Filip do szkoły pojedzie taksówką, klucze od Kuby jakoś ściągnę. Jeszcze tylko przyszło mi do głowy, żeby spróbować otworzyć garaż, bo czasem się nie domyka do końca. Udało się- Mati nie zatrzasnął drzwi , byłam uratowana. Ale chwilę byłam przerażona. 

   Myślałam, że to już koniec atrakcji na dziś, ale nie. Filip skończył wcześniej lekcje, a że pogoda byle jaka, a ja miałam być jeszcze w pracy ponad godzinę, to miał wracać taksówką. Zdarza się to czasem, zamawiam mu taksówkę, nigdy nie było problemów. A tu po kilku minutach telefon od Filipa- wypadły mu klucze od domu, chyba właśnie w taksówce. Trudno, kazałam mu przyjść do mnie do pracy po moje klucze, miałam już zamiar dzwonić do centrali, kiedy kierowca zadzwonił do mnie, że znalazł te nasze klucze i pyta gdzie ma podrzucić. Znów udało się. Ale emocji też trochę było.

  I jeszcze tylko odpowiem na komentarz Spirit spod poprzedniego wpisu. Dlaczego nie jeżdżę na wizyty do lekarza komunikacją publiczną, skoro droga jest tak męcząca? Nie bardzo da się. Dworzec kolejowy mamy dość daleko za miastem. Pociąg jedzie 2 godziny i nie ma takich, które by pasowały. Autobus- można by, ale też podróż trwa nieco dłużej, żeby dojechać na 9 bez obaw o spóźnienie, musiałabym wyjeżdżać około 6. Samochodem mogę godzinę później. I nie mam na głowie marudzącego dziecka z całym cukrzycowym zestawem pod pachą, a trochę tego jest. Powrót też nie byłby komfortowy, nie ma tych autobusów za wiele, po wizycie zazwyczaj odbieramy też zapas wkłuć na 3 miesiące, więc i bagażu trochę jest. Jadąc samochodem mimo wszystko zaoszczędzam sporo czasu. Kosztem oczywiście zmęczenia. Ta droga jest naprawdę okropna. Może to głupie, ale wydaje mi się że to przez te wszystkie wypadki, które się na niej wydarzyły. Dusze/ duchy ofiar gdzieś tam krążą i nie dają spokoju jadącym. Kilka lat temu jeździłam tą trasą co tydzień na szkolenia, dość często z kolegą jako kierowcą. Nawet wtedy byłam po tej podróży nieziemsko zmęczona i każdy wyjazd odchorowywałam. A przecież jeżdżę w różne dalekie trasy i nigdzie tak nie przeżywam drogi. Dziwne. I groźne.

Dodatki na bloga