Darmowy licznik odwiedzin
RSS
poniedziałek, 12 lutego 2018

  Od rana wszystko idzie nie tak, jak by się chciało. Najpierw Mati- nie miał siły wstać z łóżka, niby temperatura tylko 37,3, ale już widać, że coś się dzieje. Boli głowa, boli wszystko. A w sobotę i wczoraj chodził spać jak nie on, o 21.30.Jakoś nie zwróciłam na to uwagi, a pewnie już się coś wykluwało. Potem Filip- całą noc cukier piękny, aż rano się cieszyłam, że kolejny dzień stabilny. Za wcześnie się cieszyłam- po 3 lekcjach było 200 i telefon, że źle się czuje. Będąc w pracy nie mam możliwości zweryfikować, a telefony co chwila też nie są dobrym pomysłem, zamówiłam mu taksówkę, wrócił do domu. Po 3 godzinach cukier się unormował, ale lekcje w plecy. Czasem naprawdę nie wiem na ile to złe samopoczucie jest naprawdę złe, a na ile wykorzystuje chorobę, żeby urwać się ze szkoły. Nie mogę być zbyt pobłażliwa, ale też nie chcę być wyrodną matką, ech, dylematy… A na deser Kuba- nie zaliczył jednego z egzaminów, z mikroekonomii, podobno trudny przedmiot. Chyba będzie warunek, oby, bo po raz kolejny zmieniać kierunek studiów to chyba nie na moje nerwy.

    A dzień jeszcze się nie skończył, więc mogą być i inne niespodzianki. A jak się tydzień byle jak zaczyna, to nie wróży to najlepiej. Nie żebym wierzyła w jakieś wróżby i zabobony, daleko mi do tego, ale jednak nie nastraja mnie to zbyt optymistycznie. W pracy też oczywiście jak to w środku sezonu, nawał pracy, gdyby nie nowi koledzy to chyba już bym znowu narzekała. A tak to dobrze, że są. Nie jest to jeszcze szczyt szczęścia i możliwości spokojnej pracy, ale pierwszy krok został uczyniony. Dla równowagi- zrobiłam pewna głupią rzecz i szefowa zmyła mi głowę. Miała rację, przyznaję, choć było to konsekwencją błędów naszego starego kolegi. Na przyszłość będę ostrożniejsza i postaram się kontrolować emocje, mając na uwadze odmienność kulturową kolegi. Choć wkurza mnie, że bywa traktowany ulgowo, ale tak to jest, faceci na ogół mają łatwiej.

   Wydawało mi się, że taki w sumie spokojny weekend to zapowiedź miłego tygodnia, a tu nic z tego. Jedynym zgrzytem weekendu był potwór w szafie. O 7.05 w niedzielny poranek rozdzwonił się budzik. Byłam nieco zaskoczona, bo po pomiarach cukru o 2, 4 i 6 nie planowałam wstać przed 9, skoro mogłam sobie pospać. A tu dzwoni i dzwoni. Półprzytomna nie mogłam zlokalizować źródła dźwięku- mój telefon nie odzywał się, u chłopaków cisza, więc skąd ten budzik? W końcu kiedy już dźwięk osiągnął apogeum, wyczaiłam, że to w szafie w mojej sypialni. Poprzedniego dnia szukałam w pudle ze starymi telefonami ładowarki o nietypowej końcówce. Niechcący dotknęłam jednego z przycisków mojej potłuczonej jakiś czas temu Nokii Lumii i włączyła się. Kilka miesięcy temu (kilka!) podłączyłam ją do komputera, żeby ściągnąć zdjęcia. Wtedy się nieco podładowała, uśpiła, a teraz obudziła i zaczęła hałasować. Zaskoczyło mnie to trochę. Szkoda, że mi się potłukła, bo jak widać dość żywotna z niej bestia.

   I tyle. Może lepiej iść szybko spać, żeby już nic się nie wydarzyło i nie stresowało