Darmowy licznik odwiedzin
RSS
poniedziałek, 02 listopada 2015

   Kiedy wracam z Filipem ze szkoły, często prowadzimy różne filozoficzne rozmowy. Wypytuje mnie o znaczenie trudnych słów- np. co to znaczy percepcja, opowiada swoje przemyślenia na temat zjawisk i wydarzeń z życia. Czasem ciężko powstrzymać mi się od śmiechu, ale staram się być poważna, żeby Filip nie uznał, że to z niego się śmieję. Dziś było o dniu jutrzejszym. Wtorkowe popołudnia Filip ma wolne, więc nawet trochę bywa mu nudno, ale cieszy się z tego odpoczynku. Pozostałe dni tygodnia niestety zaganiane. Doszedł też do wniosku, że najlepszym dniem ze wszystkich jest sobota w wakacje- ponieważ soboty zazwyczaj są wolne, a wakacje to też wolne, więc jest to maksymalna kumulacja przyjemności. W roku szkolnym soboty też są fajne, następnego dnia nie trzeba wcześnie wstawać, więc można obejrzeć długi film. Jeśli nie odrobiło się lekcji, to też nie trzeba się denerwować, bo jest jeszcze niedziela. Dobrze być dzieckiem i móc cieszyć się z takich drobiazgów...

 Moja przyjemność na dziś to kubek yerba mate z granatem i aloesem, znalazłam ostatnio nowy smak w Polo. Nigdy nie myślałam, ze polubię yerba mate. Kilka lat temu dostałam w prezencie od byłegomęża 2 kg yerby i specjalne naczynie do picia. Nie mogłam tego przełknąć. Już czerwona herbata bardziej mi smakowała, choć też niedaleko jej do smaku siana. Nie przepadam za zieloną herbatą, zazwyczaj piję zwykłą czarną rano, a potem w ciągu dnia mnóstwo owocowych. Przekonanie do smaku yerby zawdzięczam psychodietetyczce- to chyba jedyny plus wizyty u niej. Dostałam wtedy pudełko yerby o smaku waniliowo- truskawkowym, potem zaczęłam szukać innych smaków. Próbowałam limonki, mandarynki, opuncji, trawy cytrynowej. Ale chyba ten najnowszy smak jest najlepszy. Oczywiście prawdziwi smakosze odsądzą mnie od czci i wiary, bo takie picie to świętokradztwo, ale mnie smakuje. Z ziółek próbowałam też pić czystka, ale nie powiem, żebym była zachwycona.

  Przyjemnością powinny być też zajęcia z pilatesu, ale niestety ten tydzień muszę sobie odpuścić. Już od ponad tygodnia pełzająco zatykały mi się zatoki. Niby nic, ale gdzieś tam w gardle tkwiła wielka klucha, nos przytykał się. Próbowałam szybko zaradzić- Sinupret, tabletki z pseuoefedryną, steryd do nosa na zmianę z xylometazolinem, ale z dnia na dzień pogarszało się. Na szczęście bez uciążliwego bólu głowy, choć dziś przez pół dnia w pracy trochę mnie łamało, na dodatek zaczyna się kaszel, a to może oznaczać przekaszlane 2 miesiące. Nie zdecydowałam się na większą dawkę wysiłku, bo pewnie za 2-3 dni wylądowałabym na antybiotyku, a tego chcę uniknąć.

  No i z przyjemnością pójdę też spać, bo już za 2 godziny pobudka, za kolejne 2 znowu. Infekcja dopadła też Filipa. Jeszcze niedawno cieszyłam się z dobrych cukrów, nawet dziś rano było 91mg%. A potem już tylko rosło do 250. Obiad był z buntem. "Nie chcę insuliny, nie będę nic jadł". Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. To już nie było przyjemne