Darmowy licznik odwiedzin
RSS
piątek, 08 maja 2015

  Dziś mija pół roku naszego chorowania na cukrzycę. Naszego- bo mimo że choroba dotyczy Filipa, to ma przeogromny wpływ na całą rodzinę. Ile jeszcze takich półrocznych etapów przed nami do końca życia- oby jak najdłuższego i szczęśliwego? Co nas czeka? Jakie są perspektywy? Dużo pytań, odpowiedzi chyba nikt nie da rady udzielić.

  Jak to się zaczęło? Banalnie i typowo. Wyjazd do rodziny i na cmentarze na Święto Zmarłych. Przed wyjściem z domu- chłopaki, wysikać się. Po kilkunastu kilometrach- mamo, siku. Po następnych znów. Zdenerwowałam się, że dziecko przesadza. Jeszcze wtedy nic mnie nie niepokoiło. Owszem, na konsultacjach w szkole dwa tygodnie wcześniej mówiono, że jest rozkojarzony, odpływa myślami, nie może się skoncentrować, ale uważałam, że to wina nadużywania komputera i telewizji. Potem dzień, dwa spokoju i znów zaczęło się sikanie, tym razem w nocy, czasem nawet nie zdążał do toalety. W końcu sam poprosił- mamo, zrób coś z tym. Pomyślałam o infekcji pęcherza, kupiłam Furagin, zaniosłam mocz do badania. Badanie było wykonane prowizorycznym aparatem, który często się psuje, infekcji nie było, ale była glukoza w moczu. Nie uwierzyłam, następnego dnia była sobota, więc postanowiłam powtórzyć badanie i przy okazji zrobić badania krwi, tak na wszelki wypadek. Około południa miałam jechać z Kubą na turniej. Po odbiór wyników poszedł byłymąż, bo miał jeszcze coś załatwić. Długo nie wracał, więc uznałam, że wszystko jest OK. Przecież dałby znać, gdyby było inaczej! Spokojnie szykowałam obiad i przygotowywałam się do wyjazdu. Byłymąż wrócił po ponad godzinie ze słowami- nie jest dobrze. Nogi się pode mną ugięły, glukoza 319mg%. Co zrobić, jak powiedzieć Filipowi, chłopakom, reszcie rodziny, co będzie dalej? Nie miałam złudzeń, wszystko ułożyło się w logiczną całość. Głęboki oddech i działanie. Mama partnerki Kuby jest pediatrą, akurat miała dyżur na oddziale, szybki telefon i rada- jedźcie prosto do kliniki. Pakowanie- byłymąż patrzył na mnie jak na kosmitę, kiedy kazałam mu się spakować na nocleg w szpitalu. Nie było dyskusji, musiał zostać, ja w niedzielę miałam dyżur, nie dało się go tak natychmiast zamienić. 100 kilometrów dalej- izba przyjęć, współczujący wzrok pielęgniarek, na oddziale podłączenie kroplówek, wszystko działo się jakby poza mną. Stan Filipa nie był na szczęście ciężki, dość szybko od pierwszych poważnych objawów trafił do szpitala, ale dwa dni przeleżał pod pompą i kroplówkami. A ja musiałam w tym czasie być w pracy… Potem jeszcze kolejny dyżur 11.11, a resztę udało mi się oddać innym. W pracy zasadniczej koledzy podeszli z życzliwością, przez ponad 2 tygodnie pracowali sami, a ja kursowałam od kliniki do domu. Kilka razy pojechał byłymąż. Oczywiście trzeba było siedzieć z Filipem, żeby dodać mu otuchy, ale przede wszystkim były szkolenia- jak postępować, zasady żywienia, kontroli, modyfikacji dawek, zagrożenia. Nie dało się omówić wszystkiego, bo o wielu drobiazgach z życia codziennego po prostu się nawet nie pomyślało. Wiele rzeczy dopiero na bieżąco trzeba było ogarniać. Personel oddziału pomagał jak mógł. Kilka dni wcześnie do szpitala trafił jeszcze jeden chłopak z naszego miasta, rok straszy od Filipa i nastolatek w wieku mojego Kuby. Nasi towarzysze niedoli.

  Po kilku dniach oddział się zapełnił kolejnymi dzieciakami, część na badania kontrolne, część nowych zachorowań. Ciężko było na to patrzeć i myśleć, że mamy „przyjaciółkę- cukrzycę” już do końca życia. Jeszcze miałam cichą nadzieję, że może to pomyłka, może to tylko przejściowe, tym bardziej, że po powrocie do domu szybko zredukowaliśmy dawki insuliny do 4j na dobę, co tak naprawdę było dawką jak dla niemowlaka. Niestety nadzieja okazała się płonna- choroba jest i będzie. Na razie w fazie remisji, ale ciągle czuję na karku jej oddech, czai się i nie wiem kiedy zaatakuje. Radzimy sobie mimo, że Filip płacze przy podawaniu insuliny, że nie zawsze wiem, co mam robić, kiedy cukry szaleją, że wiele rzeczy nas ogranicza, że musimy żyć pod dyktando choroby. Nie ma póki co szans na wyleczenie. Ale skoro żyją z tym miliony ludzi to i my możemy. A właściwie musimy- jesteśmy w niewoli … Dożywotnio- co wobec tego znaczy te pół roku?