Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
piątek, 31 lipca 2015

   Przeżyłam, choć z trudem. Nie ma co ukrywać- w środku mogę czuć się młoda, silna i pełna energii, ale zmęczenie materiału robi swoje. Jeszcze kilka lat temu maraton w pracy nie robił na mnie wielkiego wrażenia, nieprzespana noc nie wymagała odespania, a teraz bywa czasem byle jak. We środę o 8 zaczęłam pracę, kończę w piątek o 18. Po drodze było kilka przerw po 2-3 godziny, ale też nie na zasadzie siadam i nic nie robię. Najpierw praca zasadnicza do 15, wyjątkowo intensywnie, choć zapowiadało się inaczej. Tego dnia chłopaki pojechali na obóz taneczny. Trzeba było ich zawieźć i o ile byłymąż zawsze się miga, bo praca albo coś innego, tu ochoczo zwolnił się z pracy i pojechali. Później wyszło dlaczego- wrócił do domu po 5 godzinach, bo po drodze znów randkował w sąsiednim mieście. Było po  drodze, grzech nie skorzystać. W międzyczasie telefon od moich rodziców, że maja wolny dzień i przyjadą do nas w ramach relaksu. Bardzo mi to pasowało, bo przynajmniej miał kto zająć się Filipem. Mama jeszcze mi poodkurzała, podlała kwiatki. Ja w rewanżu na obiad zamówiłam pyszną pizzę. Rodzice lubią takie jedzenia, ale u nich nie ma dobrej pizzerii, więc przy okazji zrobiłam im przyjemność. Potem mama zabrała Filipa na rejs katamaranem po jeziorach, a ja na dyżur. Zaczęło się intensywnie. potem chwila przerwy i cała noc chodzona. Do tego pełnia i zmęczenie, więc nawet w chwilach przerwy ciężko było zasnąć. Czwartek rano na 2 godziny do domu, trochę ogarnąć, przygotować jakiś obiad, bo resztkami pizzy zajął się byłymąż, uzgodnienie planu dnia z Filipem i znów do pracy. Tego dnia było luźniej, ale wcale nie ulgowo. Po pracy znów 2 godziny wolne- zakupy, obiad, koty i na dyżur. Na szczęście wieczór znośny, od 23.50 noc spokojna, ruch zaczął się od 5 rano. Znów na 2 godziny do domu i to co zwykle- koty, Filip, obiad, porządki. W głowie szumi, oczy widzą jakoś mniej wyraźnie, koncentracja jest, myślę logicznie, ale ogólna sprawność mniejsza. Cóż- wiek robi swoje. A do emerytury daleko.

  Drugi aspekt starzenia- nie zawsze podobają mi się szaleństwa młodości i niby akceptuję ludzką odmienność, ale nie wszystkie zachowania. Nie chcę nikogo urazić nazywając to głupotą lub bezmyślnością, ale czasem ciężko określić i nazwać takie postępowanie. Dziewczyna lat 30-32, karmi piersią półroczne dziecko. Dochodzi do zapalenia piersi, wysoko gorączkuje, idzie do lekarza, dostaje antybiotyk. Następnego dnia rano czuje się nieco lepiej, więc idzie zrobić tatuaż- na obu nadgarstkach tatuuje sobie imiona dzieci i daty urodzin. A wieczorem znów temperatura 40 stopni, majaczy, źle się czuje, ratujcie. Nie oceniam tatuowania, jej sprawa, jej ciało, ale dlaczego w takim momencie? W trakcie choroby, karmienia piersią? Przecież to nie dzieciak, który nie potrafi przewidzieć skutków swojego postępowania, tylko dorosła osoba, matka dwójki dzieci. I nie robiła tego w gorączce, malignie, bez świadomości. Uchh, ciężko mi to zaakceptować, wzruszyć ramionami i przejść do życia codziennego. Nic nie zmienię, rzecz jasna, mogę się pooburzać i tyle, ale ludzkość rękami swoich przedstawicieli uparcie dąży do samozagłady. Może uda mi się tego nie dożyć.

  Kupiłam też ostatni numer "Newsweeka", ze względu na artykuł " Tabletowe dzieci". Byłymąż lubi czytać to czasopismo, a staram się mu uświadomić wagę problemu uzależnienia dzieci od komputera, telewizji, internetu i gier. On to bagatelizuje, bo pozwoli na granie lub oglądanie i ma spokój. Nie trzeba się głowić, czym zająć dzieci, można pospać w tym czasie, a wieczorem i w nocy samemu pokorzystać z dobrodziejstw cywilizacji w sposób rozrywkowy. Ja przecież też korzystam, ale staram się rozsądnie i z umiarem. Chyba jednak efekt tego mojego uświadamiania jest mizerny, bo jak zawsze różnice zdań są nie do przeskoczenia. Choć chłopaki jadąc na obóz nie wzięli nic poza telefonami- nawet Kuba nie zabrał tableta, choć zamierzał, ale uświadomiłam mu, że to kiepski pomysł. A w nocy sms-ował do mnie, że go plecy bolą i co ma zrobić. Nie chciał wziąć apteczki, a przydała się. Znów mama górą

  I tak to jest- starość nie radość. Ta mentalna jeszcze daleko przede mną mam nadzieję, ale fizycznie trochę zaczynam się sypać. Dobrze, że zdecydowałam się na trochę aktywności ruchowej, to jednak ma duży wpływ na samopoczucie. Tylko kondycja jeszcze marna, więc trzeba intensywnie potrenować przed zimą, żeby na wiosnę za rok być nie starszą, a młodszą i to co najmniej o kilka lat. To mój cel, taki może śmieszny, ale ma też związek z innymi sprawami, również związanymi z rodziną, ale o tym innym razem. Teraz pozbierać swoje zabawki i na śniadanie do domu. Dziś jeszcze praca, jutro relaks, a w niedzielę znów dyżur. Może być ciężko, bo w mieście wielka impreza, przyjedzie mnóstwo ludzi, a to zawsze równa się intensywnej pracy

Dodatki na bloga