Darmowy licznik odwiedzin
RSS
wtorek, 08 grudnia 2015

  Podobno nie trzeba nad nim płakać, ale mnie się na płacz zebrało. Początkowo nic nie zapowiadało małej katastrofy. Budzik zadzwonił jak zwykle o 6, zgrzebałam się z łóżka 10 minut później. Kanapki do szkoły, w międzyczasie ugotowała się moja owsianka, zjadłam nawet siedząc, a nie jak zwykle w biegu. Zmierzyłam cukier- rewelacja, 88, podałam insulinę- chyba nawet Filip nie poczuł przez sen. O 7 pobudka chłopaków. Chciałam wstawić kubek mleka do podgrzania do mikrofalówki. Wypadł mi z ręki, szafki, podłoga, ja- niby to tylko kubek mleka, a biało wszędzie. Dobrze, że kotów akurat nie było w kuchni, bo katastrofa byłaby jeszcze większa. Zapomniałam, że od kilku dni boli mnie prawe ramię, nie cały czas, ale zdarza się, że nie mogę podnieść ręki, a mikrofalówka jest na poziomie mojej głowy. Chyba kuchnia w ten sposób dopomina się o konkretne sprzątanie, mam to w planach, tylko z czasem i chęciami gorzej, bo to robota na cały dzień, monotonna i nudna. W końcu się zbiorę, tylko wolałabym nie przed świętami, bo mam inne plany, a poza tym gotowanie, pieczenie- to wszystko znów doprowadzi kuchnię do stanu sprzed sprzątania. Ech, głupia ta robota- w kółko i w kółko, efekty i satysfakcja krótkotrwałe, nikt tego nie widzi, nie docenia, co z tego, że moja psychika czuje się dobrze, jeśli wszystkie kąty są wyczyszczone? Za to mięśnie czują, czas można by poświęcić na coś przyjemniejszego. Nie lubię przedświątecznych porządków, w końcu staram się utrzymywać ład w domu cały czas, więc nie czuję potrzeby szaleństwa tuż przed świętami. Wystarczy normalne sprzątanie. Tym bardziej, że i tak pewnie jeden dzień spędzimy u moich rodziców, drugi u teściów, a w niedziele mam dyżur. Pozostaje sprawa Wigilii, ale mam nadzieję, że uda mi się, podobnie jak w ubiegłym roku, urządzić ją u siebie. Przez 17 lat małżeństwa tylko 2 razy sama byłam gospodynią na Wigilię- raz, kiedy teściowa była świeżo po szpitalu, drugi, kiedy wprowadziliśmy się do obecnego mieszkania. Prawie żadnych świąt nie udało nam się spędzić spokojnie, bez biegania w gości. Zazwyczaj trzeba było odwiedzić rodzinę, dobrze, że święta to 2 dni, więc udawało się oblecieć wszystkich. W drugą stronę to nie działało, nawet kiedy teść był w miarę w formie, to ciężko było zmienić tradycję. I w tym roku pewnie będzie podobnie. Z lekką nutką złośliwości zastanawiam się jak wybrnie z tego byłymąż, bo przecież nie wytrzyma tylu dni bez swojej nowej miłości, a raczej nie będzie skłonny przedstawić ją mamusi, a mnie tym bardziej. Zapowiada się ciekawie.

  Dziś po treningu tańca, okazało się, że w sobotę czeka nas jednak jeszcze jeden turniej. Organizowany na wariata, 200km od naszego miasta, rozkład fatalny. Kuba miałby tańczyć w pierwszym bloku, o 10, więc na pewno nie pojedzie, choćby ze względu na szkołę. Mateusz ma na 18- skończy się pewnie o 22, więc już widzę jak będę wracać po nocy, Koszmar, ale trudno, trzeba jechać. Tym bardziej, że Mati jest wyjątkowo chętny, mimo że to daleko. Sporo par już się zgłosiło, będzie ciężko, ale po początkowym rozczarowaniu czwartym miejscem, wstąpiły w nich nowe siły.

  Ledwie wczoraj pochwaliłam się, że z cukrami jest dobrze, to dziś się zepsuło. Podczas podawania insuliny przed obiadem chyba zapchała się igła, coś przyblokowało, może trafiłam na jakieś zrosty i nie wiem, ile insuliny poszło. Na pewno za mało, bo 2 godziny później przed podwieczorkiem, wyskoczyło 297. Filip oczywiście zaczął się buntować, że nie chce dodatkowej insuliny, nie będzie jadł i koniec. Na szczęście szybko mu wyperswadowałam i kolejne pomiary były znów dobre. Takie coś jak zapchana igła zdarzyło się po raz pierwszy i po prostu zbaraniałam, nie pomyślałam jak z tego wybrnąć. Teraz będę mądrzejsza.

  Za to Filip jest zachwycony książką, którą dostał na Mikołajki- już kończy czytanie. Cały czas dopytuje się, skąd wiedziałam, że akurat taka książka mu się spodoba. Cóż, mama zna swoje dzieci... Pozostałym chłopakom też trafiłam w gust. Jestem z siebie dumna!