Darmowy licznik odwiedzin
RSS
sobota, 17 lutego 2018

  Taniec towarzyski jest dyscypliną sportową. Widowiskową, przepiękną, dość wyczerpującą, kosztowną- niestety i tak naprawdę niszową, dla tych bardzo zainteresowanych i wąskiej grupki najwierniejszych kibiców- zazwyczaj rodziców tancerzy. Daje dużo wrażeń i zadowolenia, ale nie należy do tych najpopularniejszych. Zresztą, jaki sport jest najpopularniejszy? Chyba piłka nożna, reszta jest daleko w tyle. Zimą jeszcze skoki narciarskie, chyba. W sumie to nie wiem, bo jak zwykle marnie interesuję się zdaniem ogółu. Skoki kocham, oglądam od wczesnego dzieciństwa i uważam że są popularną dyscypliną, przynajmniej dla mnie. 

  Wracając do tańca. Treningi, wyjazdy na turnieje. Turnieje zazwyczaj są organizowane przez kluby taneczne, inaczej nie byłoby możliwości pokazania się w tańcu. No i przecież trzeba zdobywać medale, piąć się po szczeblach kategorii tanecznych. Tak naprawdę to dla większości tancerzy zabawa, hobby. Niewielu z nich wiąże swoja drogę życiową z tańcem, zostają tancerzami zawodowymi, potem trenerami, zakładają własne kluby. Nie tak łatwo z pasji jaką jest taniec uczynić zawód, pozwalający utrzymać się w życiu. Dlatego też wiem, że u moich chłopaków to tylko hobby.

   Po tym, nieco przydługim jak zwykle, wstępie przechodzę do sedna. Jeździmy na turnieje. Czasem nawet bardzo daleko, bywa i około 300 km, zazwyczaj jest to w obrębie kilku najbliższych województw. W każdej kategorii wiekowej i klasie tanecznej jest po kilka, czasem kilkanaście par. Po kilku turniejach zaczynamy się poznawać między sobą coraz lepiej. Mimo że nasze dzieci rywalizują ze sobą, to jednak potrafimy w przyjaznej atmosferze pochwalić dokonania naszych przeciwników, pożyczać sobie wzajemnie różne rzeczy lub pomagać w krytycznych sytuacjach, nawet jeśli nie pałamy do siebie wielką sympatią. A sytuacje zdarzają się naprawdę różne- nawet fragmenty stroju były między tancerzami pożyczane, w trakcie katastrof typu upadek w czasie tańca, zawsze ktoś pomoże. Jeśli któryś z tancerzy przyjechał bez rodzica- może liczyć na pomoc w przebraniu się, przypilnowaniu rzeczy, przypięciu numerka. Może trochę idealizuję, może nie chcę zauważać gorszych sytuacji, bo one przecież też bywają, ale nasi trenerzy bardzo zwracają uwagę na zachowanie fair play w stosunku do rywali. Podczas wręczania medali i już po ogłoszeniu wyników pary i trenerzy wzajemnie gratulują sobie, zawsze bywa ktoś pokrzywdzony, bo się nie udało, ale i dla nich jest uścisk i ciepłe słowo. W końcu wykonali wielką pracę, starali się jak mogli. Okropnie bolesne jest 4 miejsce, tuż za podium, zwłaszcza jeśli przegrywa się ułamkami punktów. Wiemy coś o tym, bo zwłaszcza Mati z partnerką często stawali na takim miejscu. Nawet czasem trenerzy żartowali, że są "mistrzami czwartego miejsca".

  Dlaczego tak się rozpisuję o tych naszych tanecznych perypetiach? Przez analogię do skoków narciarskich i dzisiejszego złotego medalu Kamila Stocha. Kiedy widziałam jak w napięciu czekał na wyniki, jak prawie gryzł rękawice, czułam jego emocje. Tak samo mam na turniejach tańca. Potem jego niesamowita radość, uściski, przytulania, gratulacje od rywali, kolegów. I w rozmowie z jednym z dziennikarzy, kiedy powiedział, że tak bardzo się bał, żeby to nie było 4 miejsce. Wszystko to brzmi i wygląda tak znajomo... Oczywiście u nas skala emocji jest nieco mniejsza, bo tylko w nas, naszych dzieciach, a tu jeszcze mnóstwo kibiców i widzów, ale emocje to emocje. No i ten piękny widok, kiedy rywale umieją z uśmiechem pogratulować zwycięzcy, widać, że między nimi jest dużo szacunku, sympatii, nawet przyjaźni. Umieją się cieszyć z czyjegoś sukcesu, nawet w obliczu własnej przegranej. Wydaje mi się, że przez cały sezon skoków- w końcu to ładnych kilka miesięcy, spędzają ze sobą sporo czasu- są jak wielka rodzina. Chcę wierzyć, że mimo niewątpliwie występujących problemów, tarć i konfliktów, jak to w życiu, to jednak są dla siebie kimś więcej niż tylko rywalami w zawodach sportowych. Tak jak w tańcu.

  O kurczę, znów się rozpisałam szeroko i kwieciście, a można to było streścić w kilku słowach. Ale ja nie umiem. Kiedyś chyba umiałam, ale zmieniło się to przez moją polonistkę z podstawówki. W tych zamierzchłych czasach w małej wiejskiej szkole, moja wychowawczyni a zarazem polonistka, oznajmiła kiedyś, że nie umiem pisać wypracowań. Owszem, gramatyka, ortografia jest w porządku, ale z treścią jest kiepsko. Zdania za krótkie, myśl przewodnia prawidłowa, ale bardzo skąpo rozwinięta i ona nie widzi żadnych sukcesów w mojej przyszłej edukacji w szkole średniej. Będzie mi ciężko nawet zdać egzamin. Byłam przerażona- przez całą podstawówkę prymuska, a tu nagle takie coś? Fakt, że przez całą podstawówkę wypracowań pisanych było z pięć, a może i mniej, więc jak miałam się nauczyć? Egzamin na szczęście zdałam, a w liceum okazało się nagle, że moje wypracowania są na piątki z plusem. Nie wiem jak do tego doszło. Ale uwierzyłam, że mogę pisać, że robię to z jako takim sensem. I dlatego teraz zalewam Was potokami mojej pisaniny. Ale zazdroszczę tym, którzy zwięźle umieją napisać piękny wpis. Ja muszę użyć dużo słów. Sorry...

   Aha, dla zainteresowanych- przygotowuję kolejny wpis edukacyjny, cierpliwości. Kobieto- zwłaszcza na Twoje pytanie postaram się odpowiedzieć wyczerpująco, ale chcę to zrobić solidnie, więc potrzebuję nieco czasu. Ale obiecuję, już wkrótce wpis będzie.