Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
wtorek, 20 czerwca 2017

  Wróciłam po pracy i mam nastrój typu "siedzieć i nic więcej". Nie byłoby to złe, ale niestety w ten sposób ucieka mi kolejny dzień. Robię to co konieczne, jakiś obiad, pranie, zakupy, dyspozycje chłopakom, ale wszystko tak bez energii i jakiegokolwiek zaangażowania. I trochę się wściekam na siebie, bo czas biegnie jak szalony, szkoda każdej chwili, zaległości rosną, a ja nie mogę wykrzesać z siebie bodaj odrobiny chęci do działania. Wszystko leży odłogiem. Nie zanosi się też na zmianę, niby planuję jakiś wyjazd, ale jak zwykle pewnie zostawię wszystko na ostatnią chwilę. Marzy mi się całkowity reset, a najlepiej gdyby w tym czasie w jakiś cudowny sposób poukładały mi się wszystkie poplątane sprawy. Ech, dobrze pomarzyć, szkoda, że się te marzenia nie spełnią. Zastanawiam się czasem, czy to nie pora już na wspomaganie farmakologią, ale tak boję się wszelkich działań ubocznych leków, że nie wiem, czy się odważę. O ironio- innym je zalecam i najczęściej z dobrym skutkiem. 

  Na pewno w dużym stopniu na to moje zniechęcenie wpływają ostatnie wybryki cukrzycowe. Po prostu ręce opadają. Naprawdę wydawało mi się, że już jako- tako opanowałam bazę, przeliczniki, wymienniki, pompę, Librę. Już się cieszyłam, że cukier nawet jak podskoczy, to i szybko spada. I co? Jak się zepsuło, to z przytupem. Kolejna noc z cukrami powyżej 200, reakcja na korekty chwilowa i zaraz znów rośnie. W ciągu dnia Filip chciałby coś zjeść, a tu koszmarnie wysoko, po podaniu insuliny trzeba poczekać, żeby choć trochę spadło. Nie skarży się za mocno, ale te wysokie poziomy cukru powodują rozdrażnienie, humory, fochy, a i mnie czasem ciężko się opanować i nie wpaść w histeryczną złość na cały świat, a w rezultacie ucierpieliby chłopaki. 

   Wiem doskonale, że cukrzyca jest nieprzewidywalna. Można ściśle stosować się do wszystkich zasad, pilnować diety, dawek insuliny, dużo się ruszać, a i tak w którymś momencie coś się zepsuje. I nie jest to niczyja wina. A mimo to czuję się winna. Bo może jednak jakoś mogłam zapobiec. A może coś więcej dałoby się zrobić. A może powinnam postąpić inaczej. Wiem, dużo można gdybać i wymyślać, a życie jest jakie jest. Trudno pogodzić się z tą chorobą do końca życia- ile to może być lat? I w jakiej kondycji? Może za bardzo wybiegam myślami w przyszłość, ale czytając dyskusje i wypowiedzi dorosłych cukrzyków, zastanawiam się, jakie będzie życie Filipa. Czy zmieni się coś na lepsze? Choćby wkłucia- są całkowicie refundowane do 18 roku życia, do 26- odpłatność 30%, a potem już niestety pełnopłatne. Libra jest nierefundowana. Dorośnie to moje dziecko i będzie musiał sam ponosić koszty leczenia- w chwili obecnej byłoby to tak z 1000 zł miesięcznie, do tego dieta, a jak jeszcze dojdą inne choroby czy powikłania- strach myśleć. Pewnie, można te koszty zminimalizować, nie używać najnowocześniejszego sprzętu, przecież kiedyś też leczono cukrzycę, a nie było takich udogodnień. Ale teraz są, więc dlaczego nie korzystać z dobrodziejstw postępu? 

  Wygląda na to, że po raz kolejny dopadł mnie cukrzycowy dołek. Mam tak raz na jakiś czas. Płakać mi się chce, czuję całą sobą niesprawiedliwość losu. Tak bym chciała odrobiny zrozumienia ze strony świata, rodziny, a nie tylko po raz kolejny usłyszeć- weź się w garść, inni mają gorzej. Bywa tak, że już nawet na zapas nic nikomu nie mówię, bo nie warto. Nie mam ochoty po raz kolejny czuć się winna, że próbuję stawiać swoje problemy na pierwszym miejscu. Co to w ogóle za problemy?  Śmiechu warte... W takich momentach cieszę się, że mam możliwość wyrzucenia z siebie tego wszystkiego tutaj. Nawet gdyby nikt tego nie czytał, nawet gdyby nikt tego nie rozumiał- przez chwile będzie mi lżej. Powiedziałam, napisałam, poszło w świat. Pewnie, lepiej byłoby pisać tylko o fajnych rzeczach, ale życie ogólnie fajne nie jest. A na dodatek strasznie ciężko mi się mówi- wolę pisać. 

Dodatki na bloga