Darmowy licznik odwiedzin
RSS
poniedziałek, 09 lipca 2018

  Już mam lekki stres i dławienie w gardle. Niby ten szpital to tylko na badania kontrolne. W razie czego pogrożą mi palcem, poedukują trochę, powstydzę się za swoje błędy i niewiedzę. No bo rzeczywistość z punktu widzenia szpitala ma być idealna. Baza ustawiona prawidłowo, co jakiś czas test bazy (utopia, może ktoś bardziej dorosły poradzi, ale nie dać nastolatkowi jeść przez 6 lub 8 godzin- nierealne. A poza tym zawsze coś się i tak wydarza, ja w pracy, Filip zapomni i wszystko bierze w łeb), do tego zbilansowana dieta, wszystko na tip- top, tylko badania w celu skontrolowania i wio do domu. Akurat... 

  Pamiętam spotkanie z dietetyczką tuż po diagnozie. Masło? Tylko Flora lub Rama, żadne inne wynalazki, bo niezdrowe. Kostka rosołowa? A broń Boże, sama chemia, zupę gotuje się na wywarze z indyka na przykład. Smażenie? Absolutnie, nie ma takiej opcji, zło w czystej postaci. Serki czy jogurty? Tylko naturalne, można dodać owoce. Ser topiony? Wyrzucić, zapomnieć. Pieczywo tylko razowe, żadne tam wypasione kajzerki czy chrupiący świeży chlebek. Płatki śniadaniowe? To nic, że dzieci lubią kukurydziane, dopuszczalne tylko owsiane. I jeszcze mnóstwo innych niewątpliwie zdrowych porad. A w tym wszystkim ja- z jednej pracy do drugiej, pogodzić upodobania kulinarne trójki dzieci, znaleźć czas na codzienne gotowanie na świeżo, wpasować to wszystko w zajęcia pozalekcyjne i nie zwariować. Bo to wszystko na mojej jednej głowie. A doba to tylko 24 godziny. 

  Co zrobiłam z tymi dobrymi radami? Oczywiście wzięłam sobie do serca. I stosowałam. Wiele z nich stosuję nadal, ale muszę też jakoś żyć i nie oszaleć. Nie jest lekko dostosować się do wymogów najzdrowszego żywienia. Już nie mówię o gotowaniu, gorzej jest z wymyślaniem.  A i tak aplikacja w telefonie co i rusz pokazuje jakie robię błędy. Sorry, jestem nieperfekcyjna. Staram się unikać ukrytego cukru w kupowanych produktach.  A już na pewno syropu glukozowo- fruktozowego. Staram się ograniczać ilość "witamin" z grupy E i innych konserwantów. Ale ogólnie nie przepadam za gotowaniem, wychodzę z założenia, że mam niewielki wpływ na to co jemy. Może mi się wydawać, tworzę iluzję zdrowego żywienia, ale i tak nie będę wiedziała, czy ten indyk, na którego skrzydle ugotuję gar rosołu, nie był faszerowany chemią. Czy te ekologiczne warzywa są naprawdę ekologiczne. Czy ta szynka kosztująca 50 złotych za kilogram jest rzeczywiście lepsza niż parówki. A żeby było śmieszniej- zdarza się, że po fast- foodach cukier jest lepszy niż po super zdrowej sałatce. 

  No więc Filip tak naprawdę je prawie tak samo jak przed rozpoznaniem cukrzycy. Bo większość zasad zdrowego żywienia stosowałam i wcześniej. Nie fanatycznie, bo raczej do tego mi daleko, ale nie uważałam za grzech śmiertelny kostki rosołowej, margaryny Delmy czy sosu z torebki. I nadal nie uważam dla jasności. Czasem nawet sama kupię chipsy, a i pizzę jadamy wcale nie tak rzadko. A przez ostatnie wieczory Filip podjada po 2-3 Merci. Bo ma ochotę. Ale z insuliną. I cukier przez całą noc jest idealny.

  Taka ze mnie wyrodna matka. Mea culpa, mea culpa. Pewnie, mogę drastycznie zmienić sposób żywienia na wyłącznie zdrowy, tylko czy coś tym osiągnę? No ale w szpitalu podejrzewam, że potępienie będzie odczuwalne. Wielu innych zasad też nie przestrzegam. Bo nie zawsze da się czekać z jedzeniem przy wysokim cukrze. Bo on spadnie albo i nie, a jeść się chce teraz, przerwa jest teraz, wyjście na pizzę jest teraz, za te pół godziny obiad będzie zimny. Albo usłyszę- tak, znów tego nie mogę, bo cukrzyca. Nie przesadzamy, a przynajmniej staramy się nie przesadzać w żadną stronę. 

  Sytuacja z wczoraj- jesteśmy na spacerze, na rynku i w okolicach targi eko- żywności. Cukier leci na łeb na szyję, obok stoisko z jagodziankami. Filipowi zaśmiały się oczy- jasne, że bułka nie podniesie cukru od razu, ale może choć przyhamuje spadek. Bułeczki niewielkie, pytam dziewczynę sprzedającą ile mogą ważyć. Zdziwienie niesamowite- po co mi to i komentarze różnego typu. A ile ma ważyć? Na pewno nie oszukana. Tłumaczę, że to z powodu cukrzycy. A nie, one bez cukru, można jeść bezpiecznie. Kolejne tłumaczenie- jagody- mają w sobie cukier. Mąka to węglowodany. Na białka i tłuszcze też trzeba podać insulinę. Jagodzianka smaczna, faktycznie nie za słodka. Cukier opanowany, insulina poszła trochę później i na oko. Niezgodnie z zasadami, ale chrzanię zasady, radość dziecka najważniejsza.

   Ileż jeszcze sytuacji niezgodnych z teorią nas czeka? Ile niewyjaśnionych hipo- i hiperglikemii? Ile błędnie policzonych posiłków? Ile hamburgerów, kawałków pizzy i innych jedzeniowych grzeszków? Teoria jest dobrą rzeczą, szkoda, że tak trudno się do niej stosować. Staram się znaleźć złoty środek, nie jest to łatwe, zwłaszcza żeby Filip nie czuł się bardziej pokrzywdzony niż jest. Dlatego trochę stresuje mnie ten szpital. Nie umiem i nie lubię kłamać, nie lubię ukrywać prawdy, więc na pewno nie będzie pochwały. Ale to nasze życie.