Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
środa, 15 listopada 2017

   Za wiele to ich tak naprawdę nie ma, ale dobre i to, co się wydarzyło. Poniedziałek i wtorek spędziłam z Mateuszem w Warszawie. Samo szycie fraka czyli 4 wizyty w pracowni przebiegało sprawnie i bardzo przyjemnie. Właścicielka i główna szyjąca jest przesympatyczna i profesjonalna, wszystko doskonale wytłumaczone. Frak uszyty cudnie, Mati wygląda jak marzenie- nie to, że chcę się przechwalać dzieckiem, ale jest dość proporcjonalnie zbudowany, w miarę przystojny, a strój idealnie dopasowany (w końcu szyty na miarę), więc efekt całości- powalający. Przynajmniej ja tak uważam. Zobaczymy co na to powiedzą trenerzy i partnerka. Na razie trwają intensywne treningi, przygotowywanie nowych układów i jeśli  turniej w grudniu w naszym mieście dojdzie do skutku, to może uda się zatańczyć. Jeśli nie, to kolejny dopiero w marcu w mieście Mateuszowej partnerki, tam to już obowiązkowo muszą zatańczyć w tej klasie B. Na razie trzeba podciągnąć łacinę, choć nie jest to łatwe i już widzę jakie będą z tym kłopoty. W każdym razie z frakiem nie wiem jakim cudem i czemu to zawdzięczam, ale udało nam się rewelacyjnie.

   Sama Warszawa- przytłaczająca. Nie umiałabym chyba żyć w takim mieście. Już nawet nieco większe od naszego sprawiałoby mi kłopoty w ogarnianiu codzienności. Wiem, że do wszystkiego można się przyzwyczaić, że te duże miasta mają swoje plusy, ale jednak nie, wolę prowincję. Poza tym te wszystkie autobusy, tramwaje, samochody, dzikie tłumy, hałas, pośpiech, natłok bodźców- nie do przetrwania i zachowania spokoju umysłu i ducha. Dla mnie korek na 10 samochodów to już problem, a w dużym mieście to chyba bym oszalała ze stresu. Niby można jeździć komunikacją miejską, ale przy naszych 5 liniach autobusowych to szybko gubię się, kiedy jest ich więcej. Znalezienie właściwego przystanku, nawet z nawigacją z telefonu okazywało się wyczynem. Nie mówiąc już o wsiadaniu nie do tego tramwaju co trzeba. Choć tu akurat wyszło na plus, bo na skutek tej pomyłki dojechaliśmy pod Muzeum Powstania Warszawskiego, a że mieliśmy wolne 3 godziny, a ja jeszcze w tym miejscu nie byłam, to skorzystaliśmy z okazji. Wrażenia niesamowite. Na dodatek w samym Muzeum przytrafiło mi się coś nietypowego. Zaczepił mnie starszy pan, po angielsku. Z rozpędu potwierdziłam, że trochę ten angielski znam. Nie mógł zrozumieć zawiłości na kartkach z kalendarza- dlaczego na kartce z datą 27 (lipca) było oznaczone "dzień 5", a na kolejnej kartce z datą 27 (ale sierpnia) było napisane "dzień 27". Ufff- nagimnastykowałam się i nałamałam języka, żeby mu to wytłumaczyć- tu jeszcze przed powstaniem, tu już kolejny dzień. W tym stresie to nawet nie wiem, czy to co mówiłam było na pewno po angielsku. Pan w końcu zrozumiał, podziękował, a ja tylko cieszyłam się, że żadne z moich dzieci, dużo lepiej ode mnie znających angielski, tego nie słyszało. Ale jakąś tam satysfakcję mam...

   Niestety samo podróżowanie nie jest dla mnie miłym wspomnieniem. Odezwała się moja choroba lokomocyjna. Kiedy jestem kierowcą- nie ma problemu. Gorzej, kiedy jadę jako pasażer, a jeszcze gorzej- w autobusie. Mimo aviomarinu, miętowych cukierków, coli, specjalnego plasterka- po prostu umierałam. Chwilami, kiedy dobrze zasłuchałam się w muzykę i przez moment nie trzęsło, to przestawało mdlić, ale prawie całą drogę siedziałam z torebką w garści. A już przez pewien czas nie miałam takich objawów przy podróżach, tylko ostatnio po prostu było więcej jeżdżenia i moja przypadłość przypomniała sobie o mnie. Kiedy wczoraj późnym wieczorem wysiadłam bladozielona z autobusu, to rozglądałam się, czy nie ma na horyzoncie nikogo znajomego, bo wstyd byłoby się zaprezentować.

  Filip po raz kolejny przetrwał te 2 dni beze mnie. W poniedziałek spędził prawie cały dzień sam w domu. Po śniadaniu rozbolał go brzuch (powtórka z rozrywki- a myślałam, że wyeliminowanie laktozy pomogło. Owszem, pomogło, ale na krótko) i do szkoły już nie dotarł. Byłymąż poszedł do pracy, wpadł tylko na chwilę około 14 i znów do wieczora. A cukier szalał w górę. Ja wiem, że zostawienie 13- latka samego w domu na cały dzień to nie przestępstwo, ale poziom stresu przez ten ból brzucha i wysokie cukry, dał mi do wiwatu. Oczywiście gorąca linia telefoniczna działała, ale cóż, nie był to komfortowy dzień dla nikogo. Wtorek był już lepszy, szkoła, potem koncert w muzycznej, wieczorem trening tańca i cukier idealny, wręcz momentami niski. Czym do licha te dni się różniły? 

  O cukrzycy i jej pozostałych urokach postaram się napisać nieco więcej wkrótce, bo dziś to i tak za dużo. Wczoraj był obchodzony Światowy Dzień Cukrzycy, w rocznicę urodzin Frederica Bantinga, odkrywcy insuliny, dobrodzieja i cudotwórcy dla wszystkich diabetyków. Dzień świętowany bardzo różnorodnie, jest sporo różnych akcji edukacyjnych, informacyjnych, sporo się mówi o cukrzycy- szkoda, że głównie typu 2, bo tak naprawdę to dwie zupełnie różne choroby. ale nie o tym chciałam- na koniec dnia poryczałam się jak głupia. Dobrze, że chłopcy już spali i mogłam płakać bez przeszkód. Na jednej z facebookowych grup zamieszczono film, angielskojęzyczny, z napisami po polsku. O codziennym życiu 13- latka z cukrzycą, opowiedziany z perspektywy ojca. Poruszający, niesamowicie prawdziwy, w przystępny sposób pokazujący codzienność, która jest i naszym udziałem. Nie dało się go oglądać bez emocji. Pokazałam go dziś w pracy- owszem, moi współpracownicy byli nieco zaskoczeni, zdziwieni, ale nie wydawali się rozumieć, skąd moje zapłakanie i poruszenie. Inna perspektywa. Wiem, rozumiem, każdy ma swoje problemy, inaczej podchodzi się do tego co nas osobiście nie dotyczy,a my z kolei nie jesteśmy jacyś super wyjątkowi, cukrzyca to tylko cukrzyca, inne choroby też są nieprzyjemne, może nawet groźniejsze. Jedyne co nas wyróżnia, to może codzienne balansowanie na granicy życia i śmierci, życie z kalkulatorem w ręku i z ciągłym przewidywaniem. Nasze życie to gra w ciuciubabkę z insuliną...

Dodatki na bloga