Darmowy licznik odwiedzin
RSS
czwartek, 17 maja 2018

    Wzięło mnie na wspominki i podsumowania. Trochę dlatego, że spojrzałam na licznik bloga- to już mój wpis numer 600. A trochę poczułam się wywołana do tablicy przez Salmiaki w komentarzu pod poprzednim wpisem. Dlaczego akurat tak nazwałam swój blog? Ha- przy poprzednim szablonie pod tytułem był opis. Ten szablon trochę go zamazywał, więc ukryłam. A brzmiał on „codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków aspirującej do bycia perfekcyjną”. Czy to coś wyjaśnia? Możliwe, ale możliwe również, że nie, więc w ramach wspominania i niechęci do robienia czegokolwiek o tej wieczornej godzinie popłynę sobie w pisaninę. Oj, coś mi się wydaje, że nie będzie to krótki wpis. Tak jakbym w ogóle umiała się streszczać. W laniu wody i słowotoku dobra jestem, może wręcz perfekcyjna. Chociaż w tym, bo reszta- wiadomo. No i te 600 wpisów w ciągu nieco ponad 3 lat mówi samo za siebie, gaduła jestem i żyć nie mogę, jak czegoś nie napiszę. Jeśli ktoś trafi na mój blog z marszu, to wątpię, czy będzie miał chęci i czas na zapoznanie się z historią, tyle tego jest.

   Choć przyznam się do pewnego dziwactwa z czasów przed pisaniem bloga- od kiedy zaczęłam częściej przebywać w przestrzeni wirtualnej namiętnie czytywałam różne blogi. Było to wiele, wiele lat temu. Przeważnie to były blogi o różnych robótkach, głównie szydełkowaniu, bo to jedna z moich wielkich pasji, oraz o dzieciach. Kiedy trafiałam na jakiś interesujący blog, starałam się przeczytać wszystko, co autor napisał. Tylko, że czasem to było jak solidna książka, a że nie mogłam spędzać przed komputerem za dużo czasu, to trwało czytanie niekiedy miesiące. Wtedy nigdy nie odważyłam się na komentowanie, wydawało mi się, że co ja tam mogę mądrego powiedzieć (teraz też często tak mi się wydaje), zwłaszcza jeśli nie przeczytałam całego bloga. Dziwactwo i tyle.

   Żeby to jeszcze było jedyne moje dziwactwo! Mam ich mnóstwo, do tego co najmniej drugie tyle lęków, obaw, fobii i nie wiem czego jeszcze. Można by parę osób obdzielić. Ale dobrze się kamufluję, bo wiem, że to wszystko jest nie do zniesienia dla mnie samej, więc co dopiero mówić o innych. Czasem gdzieś te moje wszystkie demony urwą się z uwięzi, wypłyną na powierzchnię, zdarzy się, że pokażą się w pełnej krasie ludzkości, ludzkość mnie zbeszta- albo naprawdę, albo tylko w moich wyobrażeniach. I tyle. Bo demony i inne chochliki powinny wiedzieć, gdzie ich miejsce, nie szaleć, siedzieć cicho i nie rzucać się w oczy. Wtedy może zbliżę się do ideału perfekcyjności, do którego tak uparcie dążę. A w dążeniach wspierają mnie Wasze komentarze. Piszę szczerze, może czasem zbyt szczerze, podejrzewam, że gdyby ktoś zechciał, to mógłby mnie namierzyć w świecie realnym bez większych trudności. Tyle tylko, że skoro wszystko to co piszę, to prawda, to przecież nie mam czego się wstydzić. Cóż, najwyżej ktoś to wykorzysta przeciwko mnie o ile w ogóle coś z tej mojej pisaniny da się wykorzystać. Natomiast komentarze dodają mi dużo energii, pozytywnego kopa. Wiem, nie zawsze bezpośrednio na nie odpisuję, mimo że pewnie powinnam, czasem tak jak teraz- po jakimś komentarzu piszę na ten temat szerszy wpis. Troszkę kuleję z czasem, trochę pewnie z savoir- vivre’em blogowym, ale za wszystkie przejawy sympatii i miłe słowa pod moim adresem zawsze jestem bardzo wdzięczna. I często aż się dziwię, że ktoś tu jednak trafia, czyta, chce coś napisać. W kółko obiecuję sobie w duchu, że tym razem naprawdę poodpowiadam na komentarze, na dodatek po przeczytaniu wpisów na innych blogach też mogłabym coś u Was napisać, ale jest pustka w głowie, czas leci, potem bywa, ze coś mądrego wymyślę, ale okazuje się, że ktoś inny był szybszy i moje mądrości ulatują w niebyt. Dlatego wybaczcie, jeśli czasem nie widać na Waszych blogach śladów mojej obecności. Zaglądam, czytam, nie zawsze regularnie, ale zazwyczaj nadrabiam zaległości. I niestety boleję bardzo, że nie udało mi się wielu blogów przeczytać „od deski do deski”. To też czasem hamuje mnie w komentowaniu, bo może kiedyś dawno temu było już coś na dany temat, a ja będę się mądrzyła niepotrzebnie. Chciałbym Was wszystkie poznać blogowo, dowiedzieć się, co było wiele wpisów temu- tak jak już pisałam, to jedno z moich dziwactw. Pogodziłam się z tym, że nie dam rady.

   Zawsze też mam gdzieś z tyłu głowy myśl, żeby tylko dobrze się prezentować, ładnie formułować zdania, nie robić błędów- ortograficznych, interpunkcyjnych , stylistycznych. Nie zawsze się to udaje- mimo że jest autokorekta, przed opublikowaniem czytam, poprawiam. A i tak zdarzają mi się jakieś literówki czy inne błędy. Oj, jak ja tego nie lubię, jak mnie to razi i przeszkadza. Kolejne nieszkodliwe dziwactwo. Zresztą nie tylko tu, w pracy mam tak samo. W ogóle wszystko, co nie jest poukładane, idealne, bezbłędne w moim wykonaniu, wydaje mi się bardzo niedobre. Mogłabym u siebie rozpoznać nerwicę natręctw lub inne zaburzenia, ale jednak nie. Jestem świadoma, że to nie jest ważne i uczę się cały czas jak odpuszczać. Nie wszystko musi być spod linijki, świat się od tego nie zawali. Owszem, dyskomfort mam, ale bez przesady. Co prawda dochodzenie do tej umiejętności odpuszczania to długotrwały proces, ciągle jeszcze mi daleko do pełnego luzu, ale staram się i w tym dążyć do perfekcyjności. Paradoks, nieprawdaż? Ale mam to chyba w genach, bo moja mama jest też taka. I mimo że kiedyś bardzo mnie to wkurzało, obiecywałam sobie, że ja nigdy taka nie będę, to jak się okazuje genów nie da się oszukać. Jedyny plus, że jednak staram się, może kiedyś osiągnę stan równowagi. Bo rzeczywiście nie mam w sobie za dużo luzu. I z powodu charakteru, i z powodu wychowania, i w dużym stopniu też przez cukrzycę- ona chyba najwięcej wymaga, konieczna jest stała koncentracja, mobilizacja, więc gdzie tu znaleźć czas na luz, kiedy wokół wszystko woła do zajęcia się? Niby często rezygnuję z rzeczy mniej ważnych, to co niepilne, odkładam na kiedyś, ale w ten sposób mam poczucie, że mnóstwo spraw zawalam. Ale czy tak naprawdę ma to jakiekolwiek znaczenie? Zwłaszcza dla kogokolwiek poza mną? Czy ktoś to zauważy? Czy ktoś doceni, jeśli będę perfekcyjna? Podejrzewam, że nie. Ideałów nie ma. Życie biegnie swoim trybem, niezależnie od nas. Nie warto się szarpać, denerwować, spieszyć. I tak w życiowej pogoni przegapiłam mnóstwo spraw bardziej istotnych. W końcu będąc w wieku średnim udało mi się poustawiać nieco inaczej priorytety. Nie ukrywam, że w tym akurat cukrzyca nam trochę pomogła. Dopiero choroba otwiera oczy na to, co jest naprawdę ważne. Niestety czasu się nie cofnie i wielu spraw nie potrafimy naprawić, a szkoda.

   Zaczęłam pisanie bloga w dość trudnym momencie życia. Po rozwodzie, w nadal dość pokręconym układzie z byłymmężem. Na głowie praca, dom, dzieci, cukrzyca. W wiecznej pogoni, trudno było pozbierać wszystkie okruchy życiowej układanki tak, żeby do siebie pasowały. Nadal łatwo nie jest, ale słowa wypowiedziane mają wielką moc. Niektórzy idą w tym celu do psychoterapeuty, przegadają swoje problemy, uczą się panować nad tymi okruchami. Fajnie jest, kiedy można się komuś wygadać. Ja na psychoterapię nie potrafiłam się zdecydować. Z jednej strony- nasze miasteczko jest niewielkie, wszyscy się znają i oplotkowują, więc wolałabym nie być powodem do plotek. Z drugiej strony- brak czasu i trochę skąpstwo- za tę kasę można kupić coś fajnego, a wcale nie wiem, czy wygadywanie się przed obcą osobą by mi pomogło. Czy w ogóle dałabym radę cokolwiek powiedzieć, bo jestem odważna i wygadana we własnej głowie. Kiedy staję przed drugim człowiekiem twarzą w twarz- wszystko ulatuje. Czasem miałam ochotę sięgnąć po jakiś antydepresant- przecież to żaden problem, ale ja tak bardzo nie lubię łykać leków! Więc ten sposób odpada. W młodości zapisywałam kolejne zeszyty swoimi przemyśleniami- gdzieś jeszcze leżą te nastoletnie pamiętniki, może kiedyś do nich sięgnę i pokiwam głową, jaka niemądra była ta małolata, choć wtedy jej się wydawało zupełnie co innego. W ten sposób w ramach autoterapii postanowiłam spróbować pisania- tym razem już nie tylko dla siebie. Oczywiście obaw i różnych fobii było mnóstwo. Bo przecież jestem komputerowa noga. Ale jeśli człowiek chce, to człowiek się nauczy. To co w blogowaniu jest istotne- w trakcie kiedy piszę, nikt i nic mnie nie powstrzymuje. Sama mogę kreować rzeczywistość. Mogę wszystko tak przedstawić, że jestem nieomal ideałem, a jeśli napiszę wiarygodnie, to na dodatek sama w to uwierzę. Nikt mi nie przerywa, nie wtrąca się, nie zmienia tematu. Choć przez ten krótki czas pisania mam poczucie, że mój problem albo moja radość są najważniejsze, nie usłyszę- to nic takiego, ja to dopiero mam… Dość egocentryczne podejście, ale w realnych kontaktach z ludźmi to raczej ja jestem stroną bierną. A w końcu miło czasem poczuć się jak punkt centralny kosmosu.

   Blog zdał swój egzamin. Wiele rzeczy, które sobie przegadałam w głowie, udało mi się poukładać, uświadomić gdzie był wcześniej błąd. Od moich pierwszych wpisów sporo się zmieniło, ja się zmieniłam, mój sposób patrzenia na świat. To naprawdę ogromna wartość. I dlatego jestem zachwycona sobą- że udało mi się tyle napisać, i Wami, że jesteście, czytacie, wspieracie, radzicie. A nieprefekcyjność? Siedzi sobie cichutko w kąciku i nie zawraca już nikomu głowy. I tak ma być.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 600