Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
RSS
wtorek, 23 sierpnia 2016

  Dzień pierwszy- podróż. Wyjechaliśmy wcześnie, chwilę po czwartej, żeby uniknąć korków na drodze. Poza deszczem droga była rewelacyjna, ruch płynny i niezbyt duży, więc po niespełna 5 godzinach byliśmy na miejscu. Chłopaki byli zdegustowani, bo wyjechaliśmy bez śniadania, mieliśmy tradycyjnie zatrzymać się w Ostródzie, a tu niespodzianka- wielka budowa i brak normalnego wjazdu do McDonalda. A kolejny był dopiero w Nowym Dworze Gdańskim, więc głód już zaczynał doskwierać. Na miejscu szybkie rozpakowanie się i poszliśmy nad morze. Zaskoczenie- jak zawsze w nowym miejscu okazało się, że plaża jest zupełnie inna. Zrobiło się ciepło, ale ludzi prawie nie było. Za to były bursztyny! Nigdy wcześniej nad morzem nie udało się nam znaleźć nawet drobinki bursztynu, a tu były, drobniutkie, ale były. Już to wprawiło mnie w dobry nastrój…

   Dzień drugi- rozrywki. Przed południem plaża, potem spacer po Jantarze. Mimo że nie było zbyt upalnie, to oczywiście Filip zamoczył się w morzu, było tradycyjne skakanie przez fale. Na chwilę wygonił nas z plaży deszcz, akurat tyle co na gofry, ale zaraz wróciliśmy na dalsze zabawy w piasku. Niestety potem zrobiło się na tyle zimno, że Kuba, który jest jeszcze większym zmarźlakiem niż ja, zarządził odwrót. Po obiedzie pojechaliśmy do Stegny, tam był park linowy, kolejny spacerek. Wymęczyłam chłopaków solidnie, tak że koło 19 byli padnięci i nie mieli już siły na spacer i oglądanie zachodu słońca. Poszłam sama i zrobiłam kolejne kilometry. Zachód słońca jak zwykle był piękny. Niestety zdjęcia mogłam robić tylko telefonem, bo sprawny aparat „pożyczył” byłymąż. W końcu nie musimy co roku mieć zdjęć znad morza, nic nowego na tych zdjęciach przecież by nie było.

   Dzień trzeci- relaks. Mimo średnich prognoz pogody, od rana świeciło słońce. Trochę wiało, ale przecież to nie problem. Nad morzem wiało konkretnie, wytrzymaliśmy prawie 2 godziny, ja w tym czasie skończyłam pierwszą książkę przewidzianą na wyjazd- „Cudza maska”-A. Marininej. Po obiedzie chłopcy padli, a ja wyskoczyłam na plażę z kolejną książką. Wieczorem spacerek do centrum na gofry. A potem okazało się, że w sąsiednim domku jest chłopak w wieku Filipa, a pod kolejnym mieszka kocia rodzina- 4 śliczne małe kociaki, nieco dzikie, ale chłopaki usiłowali je oswoić. Aż Filipowi spadł cukier z tego biegania i emocji. Ogólnie cukry przez te dni były bardzo dobre, choć dużo problemów sprawiało mi czasem oszacowanie kaloryczności i składu posiłków. Na pewno nie idealnie, ale jakoś się to sprawdzało, może czasem podawałam za dużo insuliny. Wróciłam do starej bazy, zwiększyłam tylko przeliczniki na posiłki. Przy tak radykalnej zmianie stylu życia, pór posiłków, aktywności, rodzaju jedzenia, czasem trudno jest coś mądrego wymyślić. Na dodatek śpimy sobie długo, nic nas przecież nie goni.

  Dzień czwarty- pogoda na spacer. Chcieliśmy się wybrać do rezerwatu ”Mewia łacha”, spacerek wzdłuż brzegu Wisły był możliwy tylko na krótkim odcinku, dalej niestety było zalane, bo fale nad morzem były gigantyczne. Próbowaliśmy przez las, zrobiliśmy kilka kilometrów, ale niestety nie dotarliśmy na miejsce. Za dużo krzaków, brak konkretnie oznakowanej drogi, więc zrezygnowaliśmy. I tak chyba łaziliśmy za dużo, bo tuż przed obiadem Filip zaliczył mega- hipoglikemię 29. Nie czuł się aż tak źle, jak mogłabym się spodziewać, trochę ręce mu drżały. Po południu był odpoczynek, przeczytałam ¾ kolejnej książki- „Człowiek- nietoperz” Jo Nesbo, po wczesnej kolacji z Filipem i Mateuszem poszliśmy nad morze, kusiły nas te wielkie fale. Oczywiście nie dało się wejść do morza, byli co prawda śmiałkowie, ale dla mnie takie zachowanie jest zbyt ryzykowne. I tak woda nas solidnie ochlapała, morze podchodziło prawie pod wydmy. Wiatr też szalony, ale lubię taką pogodę.

   Dzień piąty- Malbork. Od rana było pochmurno, padało, dość chłodno. Morze odpadało, uznaliśmy, że pora na wycieczkę. Malbork odwiedzaliśmy kilkakrotnie, ale zazwyczaj zamek oglądaliśmy z zewnątrz, konkretne zwiedzanie było chyba z 10 lat temu, więc Filip nic z tego nie pamiętał, a i starsi mogliby sobie co nieco przypomnieć. Fakt, trochę się pozmieniało. W kolejce do kasy po bilety stałam prawie godzinę, ale nie zrezygnowałam. Potem 3 godziny zwiedzania zamku. Fantastyczna sprawa, ciekawe miejsce, niesamowite widoki… Zrobiłam mnóstwo malowniczych zdjęć- zieleń drzew, pnączy i różne odcienie czerwieni cegieł murów są bardzo fotogeniczne. Filip nie oparł się straganom z różnościami, spełnił swoje marzenie o posiadaniu kuszy. Wieczorem zaczęło lać na dobre, więc niestety musieliśmy siedzieć w domku. Chłopaki obejrzeli „Gwiezdne Wojny”, ja skończyłam czytanie Jo Nesbo i zaczęłam „Studnię życzeń” Katarzyny Leżeńskiej. Kiedy książka mnie wciągnie, czytam bardzo szybko.

   Dzień szósty- dalej pada, więc tym razem do Gdańska. W zasadzie Gdańsk i Jarmark Dominikański dokładnie zwiedziliśmy kilka lat temu, więc chłopaki jeszcze to pamiętają. Dawno nie byliśmy na Westerplatte, więc zarządziłam odwiedzenie tego miejsca. Kuba ześwirował na widok maski p/gazowej, musiał ją kupić. Potem była przyjemność dla Mateusza. Jest miłośnikiem piłki nożnej, już poprzednio mieliśmy odwiedzić stadion PGE Arena, ale nie wyszło, więc tym razem uznałam, że pora na coś dla niego. Zwiedziliśmy stadion, zjedliśmy obiad w barze przy stadionie, Mati był zadowolony. Drogę powrotną trochę skróciliśmy, wracaliśmy promem przez Wisłę. Wieczorem skończyłam książkę, zaczęłam kolejną Jo Nesbo „Łowcy głów”. Pobyt na półmetku, czekamy na nieco lepszą pogodę.

   Dzień siódmy- pogoda cudna, ciepło, nad morzem prawie bezwietrznie. Chłopaki nieco rozczarowani, bo brak wiatru= brak fal do skakania, ale za to była zabawa w piasku. Plażowanie przed i po południu, dzięki temu skończyłam „Łowców głów”. Nieco inna niż te z cyklu o komisarzu Harrym Hole, do połowy wydawało się, że poprawnie napisana, ale nieco nudnawa książka. Może nie nudnawa, co bez zwykłych emocji- krwi, intrygi, trupów, zagmatwania, ale potem worek się rozwiązał… Jestem pożeraczką książek, więc czytam różne gatunki, zazwyczaj nawet jeśli książka nie jest jakoś super interesująca, to staram się doczytać do końca, dzięki temu znajduję coś dla siebie. A że chodzę do biblioteki, to mam dużą różnorodność. W ramach tej różnorodności zaczęłam „Leśny Dworek” Haliny Kowalczuk. Ot, takie sobie czytadło, typu Grocholi czy Michalak, grające na babskich emocjach, dla odmiany po krwawych kryminałach może być. Czytało się szybko, więc już wieczorem byłam w okolicach epilogu. Na swoje nieszczęście zamiast dokończyć czytanie, wybrałam się samochodem na zakupy. Wracałam, kiedy już było ciemno, brama do ośrodka wąska, wjazd pod kątem 90 stopni. Coś zazgrzytało, nie spodziewałam się aż takich uszkodzeń, ale całe tylne drzwi i nadkole porysowane, wgięte i mocno odpryśnięty lakier. Ot, ofiara losu. Ręce mi opadły, ale co ja na to poradzę? Po powrocie do domu poszukam blacharza. Trudno, szkoda, że nie uważałam, teraz mnie to trochę uderzy po kieszeni. Drogo wyjdą te wakacje…

  Dzień ósmy- „Upiory” Jo Nesbo. To ostatnia książka z cyklu o komisarzu Harrym Hole. Zakończyła się niekoniecznie z moimi oczekiwaniami, wolałabym chyba nieco większy happy end, a tu go nie było wcale. Przeczytałam tę pozycję w ciągu jednego dnia, nie mogłam się oderwać, a że warunki sprzyjały, to czytałam prawie bez przerwy- przy śniadaniu, na plaży przed i po południu, wieczorem. Tylko w czasie spacerów powstrzymywałam się, poza tym byłam wyłączona z normalnego życia. Pogoda dobra, więc oczywiście większość czasu spędziliśmy na plaży, Kuba uprawiał wędrówki wzdłuż wybrzeża, Mati i Filip wchodzili do wody, choć fale też nie były zbyt duże, potem grzebali się w piasku. Wieczorem poszliśmy na lody i gofry- nagle z samochodu zaparkowanego przy chodniku usłyszałam gromkie chóralne „dzień dobry”. Zaskoczona poszukałam źródła- samochód z rejestracją z naszego miasta, w środku znajomi z widzenia, ale że wiedzieli kim jestem, to moi chłopcy znów mogli się ze mnie pośmiać. W naszym mieście kiedy idą gdzieś ze mną „dzień dobry” słyszymy co chwila, zwłaszcza Filipa to dziwi. Nie jestem niestety anonimowa, nie mogę się zachowywać nieodpowiedzialnie, bo zburzę swój wizerunek. Tak to jest w niewielkich miasteczkach, ale żeby i daleko od domu, w niezbyt popularnej miejscowości nadmorskiej?

  Dzień dziewiąty- została mi ostatnia książka, z tych które wzięłam dla siebie, kolejne czytadło, niestety nie warte polecenia, styl i akcja jak dla nieco późniejszych nastolatek, ale rzecz jasna przeczytałam i to. Przed południem plażowanie, po obiedzie zaczęło padać, z niewielkimi przerwami i z różnym natężeniem, czasem aż do konkretnej ulewy. Po południu pojechaliśmy na mszę do tutejszego kościoła, potem zamiast kolacji na pizzę. Nie był to najszczęśliwszy cukrowo pomysł, ale czasem i błędy trzeba popełniać. Wieczorem pochichotaliśmy wspólnie oglądając „Lidzbarskie wieczory humoru i satyry”. Lubimy wspólnie oglądać kabarety…

   Dzień dziesiąty- bursztynowy. Po wczorajszych deszczach nie było już śladu, ciepło, choć pochmurnie, więc oczywiście plaża. Tym razem znów były bursztyny, aż się dziwiłam, znajdowałam nawet nieco większe niż drobinki piasku. Miła pamiątka znad morza. Po obiedzie nie wiem czemu padłam i przysnęłam na 2 godziny. Fakt, po tej wczorajszej pizzy cukry w nocy skakały do 270, więc musiałam co i rusz mierzyć, robić korekty, ale to przecież nie pierwszy raz. W każdym razie popołudniowego wyjścia na plażę już nie było. Zresztą okazało się, że Mati nie najlepiej się czuje, bolała go głowa, dopiero po podwójnej dawce Ibuprofenu zaczął lepiej funkcjonować, ale miał też nudności, trochę biegunki. Cóż, popołudnie lenistwa, zresztą chyba już trochę chłopaki przesycili się morzem i powoli chcą wracać do domu. Ja wieczorem wybrałam się z Filipem na obfotografowywanie zachodu słońca, bo chmury się nieco rozwiały. Czytania dziś było niewiele, mam co prawda książkę wziętą dla Kuby „Człowieka z Wysokiego Zamku” Philipa K. Dicka, ale chyba muszę nieco przystopować, bo co za dużo to niezdrowo. Kubie średnio się ta książka podoba, ja już kiedyś przez całą twórczość Dicka przebrnęłam, ale pewnie sobie i tę pozycje przypomnę. Ale nie dziś.

  Dzień jedenasty- obudził nas deszcz. Według prognoz niestety miało padać cały dzień, nie było szans na poprawę pogody. Szybka decyzja- wracamy do domu. I tak powrót miał być jutro, więc w zasadzie niewielka różnica… A zatęskniliśmy już do domu, do kotów, własnych łóżek, wanny, internetu, wygodnej kanapy, telewizora, normalnego jedzenia, przestrzeni. O 18 już byliśmy w domu, szybko się rozgościliśmy, a od jutra powrót do normalności. Ale to już inna opowieść.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 288
Dodatki na bloga