Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Pomór i zaraza

    Do tego pełnia. Wiem, to już prawie fobia i nerwica natręctw z mojej strony, że ten biedny księżyc co miesiąc jest obarczany winą za wszystkie nieszczęścia, jakie mnie spotykają, ale nic nie poradzę, że to jakoś tak cyklicznie się odbywa, kiedy to ciało niebieskie- niewątpliwie pełne uroku- zagląda mi w pełni wścibsko przez okno sypialni.

  Zaczęło się w sobotę- byłymąż zadzwonił i oznajmił, że chyba czymś się struł- temperatura, biegunka, bóle brzucha. Porady udzieliłam, dziękuję zainkasowałam i miałam spokój. Choć nie powiem, przemknęła mi myśl, że kiepskie jest takie chorowanie w samotności, ani nie ma kto się poużalać, ani herbaty czy zakupów zrobić. Z przyzwoitości zaproponowałam, że podrzucę mu, co tam trzeba, ale stwierdził, że wszystko ma i nie będzie rozsiewał zarazków. Fakt, rozsądnie. Po południu zadzwoniła mama- kaszel, katar, chrypka, łamanie w kościach. Porady na odległość udzieliłam, dziękuję zainkasowałam. Jeszcze teściowa- po artroskopii kolana, noga puchnie, co umiałam to poradziłam.

   Sobota minęła, niedziela również. Przygotowaliśmy się na nowy tydzień, który miałam zacząć pracowicie- po normalnej pracy od razu na dyżur. Jeszcze w niedzielę zadzwoniłam do byłegomęża z przypomnieniem, bo oczywiście nie w głowie mu moje dyżury. W niedzielny wieczór czuł się już dobrze i wybierał do pracy. Spokojnie poszłam na dyżur, a tam oczywiście zaraza i pomór. Grypa i inne paskudztwa grypopodobne szaleją. Z roku na rok jest coraz gorzej, coraz cięższe te infekcje. Tym razem temperatury 39-40 stopni nawet do tygodnia. Przez prawie 6 godzin w kółko aż do znudzenia tłumaczyłam zasady obniżania gorączki i nieodmiennie dziwiło mnie, że w dobie powszechnego dostępu do informacji ludzkość jest tak bezradna w obliczu w sumie niezbyt skomplikowanej sprawy. Odpowiedni lek, odpowiednia dawka, odrobina czytania ze zrozumieniem (tak, wiem, że to najtrudniejsze), trochę sposobów wyciągniętych z lamusa i podpowiedzianych przez babcię i niekoniecznie trzeba spędzać 3-4 godziny w dusznej poczekalni nocnej pomocy lekarskiej. Dodatkowo niekłamany podziw wzbudziła we mnie pewna osoba, która po odsiedzeniu swojego w dłuuuugiej kolejce, zażyczyła sobie wypisania recepty na dość silnie działający lek. Niestety w żaden przekonywujący sposób nie potrafiła mi udowodnić, że go przyjmuje i dlaczego, w związku z czym okazałam się bezduszną babą. Kolejny podziw- osoba z wysokim, nawet bardzo wysokim ciśnieniem w pomiarze domowym, a zazwyczaj było niskie. Zmierzyłam- na obu rękach, dwoma różnymi aparatami. Było prawidłowe. Mimo że to już była prawie północ, cierpliwie wytłumaczyłam, jakie mogą być przyczyny takich różnic i co należy zrobić, żeby tego uniknąć. Plus malutka tabletka szczęścia do domu, żeby spokojniej się spało. Dobrze się spało, tylko jak na mój gust zbyt krótko, bo już przed szóstą ponownie wizyta- znów za wysokie ciśnienie. A w moich pomiarach znów prawidłowe. Ani chybi działam jak najlepsza tabletka obniżająca ten zbyt wysoki poziom (inaczej mówiąc- po prostu dołuję). Czyli dyżur jak zwykle.

     Tymczasem w domu cisza i spokój., Tak do 22.30. Dzwoni Filip z rozpaczą, że przegapiliśmy napełnienie zbiornika  w pompie insuliną, zostało 7 jednostek, do rana nie wystarczy, chciał to zrobić sam, ale przy napełnianiu zbiornika zablokował mu się tłoczek i co teraz będzie. Po pierwsze kazałam się uspokoić i spróbować za chwilę- o dziwo podziałało i nie musiałam już kombinować, co po drugie lub trzecie. Ja z dyżuru wyjść nie mogę, więc rozważałam, że w razie awarii byłymąż przywiezie go do mnie, ale obyło się bez. Filip jest dzielny i samodzielny, tylko czasem zbyt nerwowy i wpada w panikę. Ma to po mnie, więc znając swoje reakcje, wiem jak szybko go uspokoić. Noc była dość spokojna, kilku zbłąkanych nieszczęśników poratowałam, chwilę podrzemałam, po czym o czwartej rzut oka na telefon- oj, niedobrze, cukier niski i spada. Dzwonię do byłegomęża, żeby zainterweniował i co słyszę? Zapomniał, że mam dyżur, znów poczuł się gorzej  i śpi w swoim łóżku. A moi dzielni chłopcy sami w domu, bo jak się później okazało- skoro tata się nie pojawił, to postanowili mnie nie martwić i poradzić sobie sami. Udało mi się szybko dodzwonić do Filipa, nawet się obudził, dosłodził i kryzys zażegnany. Byłymąż wpadł tylko do nich rano, przed swoją pracą, zrobił kalibrację, kanapki do szkoły i jakoś się udało to wszystko ogarnąć. Ale to oczywiście nie koniec. Kilka minut po śniadaniu telefon od Filipa- źle się czuje, ma nudności, chyba nie pójdzie do szkoły. Cukier dobry, temperatury nie ma, ale w moczu sporo ketonów, więc nie symuluje. Został w domu, trudno, ominęła go klasówka z matematyki. Nie było to na tle obaw przed klasówką, bo akurat matematyka to ulubiony przedmiot. Czyli jakaś zaraza. Ketony wypłukiwały się do popołudnia, cukier podskoczył dopiero  wieczorem. No i czy to mogła być jakaś inna przyczyna niż pełnia? Nie sądzę...

     A w pracy normalnej oczywiście znów sporo roboty i pośpiech, pośpiech, wszyscy chcą coś na już i natychmiast. I jedna mała dziewczynka, rodzice prawie przepraszali, że zawracają głowę takim drobiazgiem, ale dopiero co wyzdrowiała, a tu znów chyba angina. No fakt, gardło niezbyt ładne, ale dla porządku badam resztę. I niespodzianka- słyszę coś dziwnego, aż mi się wierzyć nie chce, bo raczej znam to tylko z teorii. Proszę o konsultację kolegę, on się na dzieciach zna nieco lepiej. Niestety potwierdza się moje podejrzenie, szybko kierujemy na kardiologię. Może jeszcze nic złego się nie stało, może się uda i nie będzie konsekwencji na przyszłość. A mama dziecka jest bardzo antyszczepionkowa- tymczasem szczepienie mogło uchronić przed grypą i jej powikłaniami. Ale żal pozostaje. Jedyna satysfakcja, że może dzięki szybkiej interwencji będzie dobrze. Oby, bo takie sytuacje- mimo że wiem, że są wpisane w mój zawód- to jednak mocno mnie dołują.

    Za chwilę kolejny dzień. Może będzie choć odrobinę lepszy? Bez tej zarazy, bez komplikacji. Jeszcze tylko korekta, bo po 2 godzinach od podania  poprzedniej cukier spadł z 205 na 197. Czyli jak zwykle, wobec powyższego, czekają mnie pobudki co 1,5- 2 godziny. Taki cukrowy urok. Ale za to kaszel już mnie prawie opuścił, tradycyjnie w lutym zazwyczaj się kończy. Jeśli nic dodatkowego nie złapię, to może w przyszłym tygodniu uda mi się wreszcie pójść na ćwiczenia- prawie 3 miesiące przerwy, kondycja siadła zupełnie. Jak mówiłam na początku- pomór i zaraza.

wtorek, 19 lutego 2019, aga-joz

Polecane wpisy

Komentarze
2019/02/19 23:36:25
U mnie w domu to już widmo śmierci było. Chory facet. Najgorsze co go mogło w życiu spotkać.
A tak poza tym to wiosna idzie :)
-
2019/02/20 12:27:58
Biedny księżyc, o wszystko go obwiniają;-) A on tak pięknie świecił ostatniej nocy :-)
-
2019/02/20 22:59:14
Ja też zaczynam wierzyć w różne kłopoty spowodowane księżycem.
-
2019/02/20 23:42:16
Generalnie jeśli się w coś wierzy, to to się sprawdza...taka zasada wszechświata. To może zacznijcie wierzyć, że dzieje się samo dobro :)
-
2019/02/22 18:36:47
Współczuję z powodu niektórych pacjentów, tych co to muszą, inaczej się uduszą... kilka razy na dobę zawracać cztery litery. Wiesz co, ten co naprawdę potrzebuje pomocy kilka razy się zastanowi, wymyśli jak samemu sobie pomóc i dopiero w ostateczności o coś prosi. Właśnie dlatego, żeby nie być takim natrętem. Fakt, że czasem za późno prosi, albo całkiem nie zdąży... taka karma może?