Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Boleśnie niekompatybilne dni

   Niby nic, ot takie sobie duperelki, które w zasadzie ważne nie są, ale każda z osobna trochę wkurza i kłuje jak szpilą. Powoli zaczynam się czuć jak ta laleczka voodoo naszpikowana od góry do dołu.

  Wielokrotnie narzekałam na wysokie cukry, słabą reakcję na korekty, konieczność zwiększania dawek insuliny. A od 3 dni jest wręcz przeciwnie. Zmniejszam dawki, Filip podjada, a cukier leci na łeb na szyję. W ciągu 10 minut potrafi z bezpiecznego 90-100 spaść do 60 a nawet i niżej. Szału dostaję, kiedy widzę w szkole 45-50. Wiem, że sobie poradzi, ale wiem też, że tak niski cukier zmienia trochę myślenie i nie do końca mogę wierzyć w efekty działań Flipa. A oczywiście telefon ma wyciszony, więc nie dodzwonię się do niego. Zresztą w trakcie lekcji to nawet bym nie próbowała. Za kilka dni pewnie znów pójdzie w drugą stronę i trudno będzie ustabilizować cukier. No i skąd to wszystko? Na pełnię nie mam co zwalać, bo jest wręcz przeciwnie- nów, a chyba ta faza dotychczas nam się we znaki nie dawała. 

   Wielokrotnie ułatwiałam sobie życie nastawiając wieczorem pralkę z opóźnieniem startu- wstawałam rano, pranie zrobione, można rozwiesić i wstawić tak samo kolejne. Dziś rano też tak planowałam, a tu niespodzianka- cała podłoga w łazience pływa. Jakimś cudem wyskoczył wąż z odpływu. Sądząc po ilości wody to chyba na szczęście było już w okolicach ostatniego płukania, bo aż mi skóra cierpnie na myśl o zalaniu sąsiadów. Odrobina wody spłynęła mi do przedpokoju na dole, jest niewielka mokra plama na ścianie. Dobrze, że tylko tyle, bo mam dość różnego typu kłopotów.

   W pracy niby dość spokojnie, ale za to trafiają się dołujące przypadki. Może jeszcze nie potwierdzone, ale jeśli okaże się, że moje podejrzenia się sprawdzą, to kolejna rodzina będzie przeżywała tragedię. Chodzi mi to po głowie, nijak nie mogę przestać się zastanawiać. Nieczęsto tak mam, ale jak już się zdarzy, to okropnie się czuję.

   Do tego mam w rodzinie pogrzeb- zmarł brat mojego taty. Ostatnio nie utrzymywaliśmy zbyt bliskich kontaktów, ale w czasach dzieciństwa spędzałam u nich mnóstwo czasu- praktycznie większą część wakacji, jeździliśmy na sianokosy, zbiory truskawek, żniwa, wykopki, w sadzie rosło kilka fantastycznych drzew czereśni, więc było tam co robić. I jeszcze w okolicy było kilka osób w moim wieku, więc tym bardziej miło się spędzało czas. Pogrzeb jutro, musiałam trochę pokombinować, poprzestawiać pracę, żeby dało się pojechać. I wrócić- bo od 18 muszę być na dyżurze, nie ma zmiłuj. Znaleźć zastępstwo nie jest łatwo. I tak to właśnie jest- ciągle muszę liczyć na to, że w moim życiu nie będzie większych niespodzianek, bo jedno nieprzewidziane zdarzenie potrafi rozwalić cały misterny grafik. A nie wszystko kwalifikuje się do uzasadnionych wypadków, kiedy to mogę rzucić w diabły dyżur, pracę i zająć się tym co ważne. W tym systemie pracy, jaki mam, sama muszę zadbać o obsadzenie mojego dyżuru, jeżeli nie mogę na niego przyjść. A z dnia na dzień nie da się tego zrobić. I smutno mi okropnie, że odchodzą kolejni ludzie z rodziny, że przybędzie kolejny grób do odwiedzania i stawiania zniczy na Wszystkich Świętych. Odchodzi kawałek mojego życia, coraz bardziej pusto robi się w szeregach rodziny, tych, które znam, bo młodszych pokoleń niestety często osobiście nie udało się poznać, ze słyszenia tak, ale rodzina rozjechała się w różne strony i kontakt jest sporadyczny. No i uświadamiam sobie, że i ja robię się coraz starsza, i z mojej półki zaczną się wkrótce wykruszać... Trudno jest o tym myśleć, jeszcze trudniej pogodzić się.

   Odłożyłam na trochę czytanie wirtualne, sięgnęłam po książki papierowe. No i okazuje się, że jakoś mi niekomfortowo, odzwyczaiłam się chyba. Na razie skończył mi się abonament w Legimi, wkrótce go znów wykupię, bo nie wytrzymam za długo bez czytania. Tymczasem okazało się, że nasza biblioteka wykupiła dostęp do libra. Ibuk- platformy zasobów edukacyjnych, w sumie to taka wirtualna biblioteka. Poleciałam, dostałam PIN potrzebny do dostępu. I gdzieś mi go wcięło, kot zjadł czy co, nawet nie zdążyłam go użyć. Na szczęście panie w bibliotece podeszły do tego ze zrozumieniem, dostałam kolejny. Założyłam konto, próbuję ogarnąć i nie idzie. To co mnie interesuje- niby dostęp jest, ale nie za darmo. Poza tym mój staruszek laptop chyba już nie jest w stanie pociągnąć tego typu rzeczy. Coraz bardziej się buntuje, pewnie i on zbliża się do kresu swych dni. W sumie używam go tylko do pisania i internetu, tyle dawał radę, ale ma już grubo ponad 10 lat, więc chyba swoje przeżył. A tak mi się nie chce rozglądać za czymś nowym, jak ja tego nie lubię.

   Kończy się zapas  sensorów. Zazwyczaj kupowałam je w aptece akademickiej, od razu po wizycie. Tym razem akurat nie mieli na stanie, więc postanowiłam zrobić to w sklepie internetowym. Głównie dlatego, że przy okazji miałam zamiar kupić specjalną maść regenerującą palce i trochę słodyczy- w jednej przesyłce wychodzi taniej. Kupiłam. Wszystko oprócz maści, a na niej najbardziej mi zależało. Kto nie ma w głowie...

  Jedziemy rano do szkoły. Oczywiście czasu na styk, bo zawsze musi coś się zdarzyć. Tym razem pod szkołą okazuje się, że Filip nie ma telefonu, został w domu. Pal licho sam  telefon, ale jest on jednocześnie odbiornikiem do sensora i bez telefonu nie ma pomiarów cukru. Filip mówi, że będzie mierzył z palca, ale to mało wykonalne. Przy tych niskich cukrach w ostatnich dniach lepiej mieć podgląd, dla bezpieczeństwa. Bo niestety Filip wyczuwa hipoglikemię w ostatniej chwili, w tych najbardziej skrajnych momentach, a to już może być niebezpieczne. A więc szybki powrót do domu, Filip zdążył do szkoły tuż przed dzwonkiem, ja się spóźniłam do pracy tylko 5 minut. Tym razem szczęśliwie się skończyło. 

  Na weekend przyjeżdża Kuba z narzeczoną. Koniecznie chcą dość oficjalnie spotkać się ze mną i byłymmężem. Ciekawe co się dzieje, czy to tylko do omówienia spraw weselnych, czy może coś poważniejszego. Rozmowa podobno nie na telefon, a moja wyobraźnia lekko szaleje. Akurat trwa sesja, czekamy na wyniki egzaminów. Oby tym razem pozytywnie, oby, bo uwierają mnie te jego studia niemiłosiernie. Zwłaszcza kiedy spotykam ludzi z jego klasy, chwalą się sukcesami, za moment licencjat, a Kuba nie dość, że rok do tyłu, to jeszcze z warunkiem. Wyrzec się go nie wyrzeknę, ale wielkich powodów do dumy nie mam. Tym bardziej, że nie wiadomo co będzie po ślubie, czy zechce zrobić magistra. Teściowa mnie straszy, że nie będę miała na to wpływu. Niby nie, ale rozsądnie byłoby robić to w ciągu, odłożenie studiów może skutkować ich przerwaniem. Kto wie, jakie będą ich plany?

    W kwestii planów na przyszłość- Filip jest w ósmej klasie. Za moment trzeba podjąć decyzję o szkole średniej. Sam zainteresowany nie wie, co chce robić dalej. Ja też za bardzo nie umiem mu doradzić. W naszym mieście są dwa licea ogólnokształcące, technikum i liceum zawodowe. Ogólniak średnio mi się widzi, po Kubie mam nieco mieszane uczucia. Liceum zawodowe poziom ma tragicznie niski. Zostaje technikum, ale jaki kierunek wybrać? Filip jest umysłem bardziej ścisłym, matematyczno- fizycznym, ale dość leniwym do nauki, do tego cukrzyca. Mati jest na kierunku mechatronika, radzi sobie dobrze, ale jest to dość trudne. A kierunki typu handlowiec czy architektura krajobrazu- nie bardzo to widzę. Na dodatek nie do końca wiadomo jak w szkołach upchną te dwa roczniki. Oj, będzie ciekawie.

   Mój kaszel- trwa już prawie 2,5 miesiąca. Nadal trwa. Znacznie mniejszy, mam tylko po kilka napadów w ciągu dnia. Jeśli siedzę i mało gadam, to nawet zapominam, że coś mi dokucza. Abym tylko się ruszyła albo zaczęła więcej mówić- oj, oj, oj, dusi i świszcze. Pocieszam się, że zazwyczaj pod koniec lutego mi przechodzi, więc już bliżej niż dalej. Choć nadal przeszkadza.

   I tak co i rusz zdarzają mi się drobne nieprzyjemności i niedogodności. Tak jak pisałam na początku- same duperele, ale uwierają jak kamyk w bucie. Mam niestety zniżkę formy- i tej fizycznej, i psychicznej. Nie daję rady ćwiczyć, sapię i dyszę przy chodzeniu po schodach. Do tego poczucie beznadziejności i ciut za mało słońca. Wiosna się zbliża, to widać, choć śniegu mamy jeszcze sporo. A we mnie jest takie poczucie niecierpliwości, nieprzyjemne i denerwujące. Minie, jak wszystko, ale dziś mi dokucza i wbija te szpile. Ech...

czwartek, 07 lutego 2019, aga-joz

Polecane wpisy

Komentarze
Gość: Ann, *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl
2019/02/08 21:42:12
Gratuluję. Zostaniesz babcią.
Już wiesz skąd ten pośpiech ze ślubem.
;-)