Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Było tradycyjnie

 Choć w zasadzie co to znaczy? Tradycyjnie- czyli tak jak zwykle, co roku, od wielu lat? Czy tradycyjnie- zgodnie  z tym jak powinny przebiegać święta? Pewnie z każdej tradycji wzięliśmy po trochu. Ale było według mnie tak jak trzeba. Święta minęły, a ja czuję się nimi usatysfakcjonowana

  Choć może nie z każdą tradycją było mi po drodze. No bo tradycja każe przygotować na święta mnóstwo jedzenia, własnoręcznie, pracochłonnie, świeżo i zdrowo. Przygotowałam niezbędną odrobinę- sernik- bo wszyscy lubią, mam sprawdzony przeliczony przepis, ciasto marchewkowe- eksperymentalnie, bo ostatnio jadłam u znajomych i bardzo mi smakowało. Do tego obowiązkowy metrowiec, ulubione ciasto Mateusza, ale to już kupiony w cukierni. Z dań wigilijnych do mnie należało przygotowanie barszczu z uszkami i kutii. Buraki na barszcz nastawiłam już wcześniej, uszka kupione. Kutię w tym roku zrobiłam z prawdziwej pszenicy, z lekką obawą jak wyjdzie, ale smakowała. Do tego na przekąskę roladę szpinakowo- łososiową i tyle. W końcu w domu prawie nas nie było, więc nie widziałam wielkiego sensu w przygotowaniach. 

   Wigilia u teściowej, miała być też babcia, ale jednak nie była, czyli okazało się jak zwykle- dużo zapowiedzi, z których nic nie wynikło. Atmosfera przy stole przyjemna, na szczęście obyło się bez rozmów na kontrowersyjne tematy i pouczania co i jak powinnam. Być może obecność dziewczyny Kuby tak wpłynęła na wiedzących lepiej. Mikołaj był hojny, aczkolwiek w większości tradycyjny. Większość dostała to, co zamówiła. Ci co nie zamawiali prezentów dostali niespodziankę. Śmiem twierdzić, że dość przyjemną. Na przykład mnie byłymaż obdarował przepięknym wielkim ciepłym szalem. Przez wiele lat małżeństwa nie potrafił zrobić mi fajnego prezentu, a tu taka niespodzianka! Natomiast jeśli chodzi o te zamawiane prezenty- kurczę jak ja tego nie lubię... No bo to taka jakby transakcja- ja ci kupię to, a ty mi tamto, wymiana rzecz za rzecz. W zasadzie wystarczyłby drobiazg, ale nie, musi być odpowiednio hojnie, a trudno jest znaleźć coś nieoczywistego, a miłego. Dzieciakom łatwiej, choć i tak w tym roku miałam lekką zagwozdkę z moimi siostrzeńcami. Mam nadzieję, że w końcu przeforsuję i w rodzinie ze strony byłegomęża, że nie musi być prezentów każdy- każdemu, a tak jak w mojej rodzinie- tylko najmłodszym dzieciakom, a dla dorosłych może być losowanie. Albo rzeczywiście drobiazgi, a nie takie wypasione, choć niekoniecznie rozsądne.

   Pierwszy dzień świąt u moich rodziców. Znów zebrała się prawie cała rodzina, poza bratem, który był na Wigilii, a że też mieszka nieco dalej, to już pojechał do siebie. Pomieściliśmy się w tym mniejszym mieszkaniu bez problemów, było jak zwykle gwarnie, wesoło, wspominkowo. Między innymi oglądaliśmy stare zdjęcia- rewelacja, dużo śmiechu, opowieści. Rodzice z grzeczności zaprosili też byłęgomęża, a on chętnie skorzystał z zaproszenia i wyglądało, że też świetnie się bawił i dobrze czuł. To jest dopiero ewenement, tyle lat po rozwodzie, a jakby go wcale nie było! Drugi dzień czyli dziś- obiad znów u teściowej, ale chłopaki wytrzymali za stołem nieco ponad 2 godziny i zaczęli mrugać, żeby już wracać. Popołudnie i wieczór spokojnie w domu. Czas wracać do rzeczywistości i codzienności. Chłopaki mają jeszcze wolne, ja już jutro do pracy. I to niewątpliwie będzie bardzo intensywnie. Już mogę zacząć zbierać siły.

   Do tego walka na froncie cukrowym. Najśmieszniejsze jest to, że kiedy skrupulatnie przeliczałam posiłki, to cukier oczywiście szalał. Na kolację wigilijną, obiad u moich rodziców i u teściowej podaliśmy insulinę na oko, nieco więcej niż zazwyczaj i Filip jadł co chciał i ile chciał, a cukier był w normie. Aż byłymąż mnie pochwalił, że tak idealnie policzyłam. Akurat- idealnie! To jest dopiero frustrujące- im bardziej się staram, tym gorzej mi wychodzi. Oczywiście na dłuższą metę nie da się tak iść na żywioł, choć wiem, że niektórzy tak robią. Wizyta w poradni już za niecałe 4 tygodnie, wtedy będzie chwila prawdy. Z wyliczeń aplikacji wychodzi hemoglobina glikowana 6,4- 6,5. Rozumiem, że dojrzewanie, hormony itp. Pani profesor na pewno nam głowy nie urwie, bo doskonale wie, że nie jest łatwo, a taka hemoglobina wcale nie jest zła. Ale ja chcę jeszcze lepiej, zjada mnie moja perfekcyjność. Fakt, że coraz bardziej usamodzielniam Filipa, a to się wiąże z wieloma jego błędami, do tego zmęczenie ciągłym kontrolowaniem, przeliczaniem. Skoro ja często miewam dość, to on tym bardziej. Bo ja tylko główkuję i wydaję polecenia, a on jeszcze ma do tego kłucie, złe samopoczucie przy wysokim lub niskim cukrze, ciągłe pamiętanie o podaniu insuliny. Chciałoby się odpocząć...

 

środa, 26 grudnia 2018, aga-joz

Polecane wpisy

Komentarze
2018/12/27 09:56:06
U nas prezenty tylko dla najmłodszych, poczuwam się do finansowania, brat przywozi ze sobą i kładzie pod choinką. Zupełnie jestem nie w temacie w kwestiach prezentów dla siedmiolatek. Lalki do czesania? Jakieś kucyki? Chłopcy są najbardziej usatysfakcjonowani biletami NBP. A dorośli "nie są grzeczni" i im Mikołaj nic nie przynosi ;) Pamiętamy o sobie- ale niekoniecznie "pod choinkę". A mój mąż ma też prawie jednocześnie imieniny i urodziny, tak, że prezenty "idą" wcześniej.
Cukry... siostrzeniec męża po ostatniej wizycie u lekarza ochrzan, hemoglobina glikowana ponad 8, zmienili bazę, buja się to wszystko strasznie, masakra... Ciężko jest wytłumaczyć szesnastolatkowi, że ma nie jeść teraz, już- tylko za kwadrans, bo trzeba podać insulinę. Znam z opowieści szwagierki to, o czym piszesz, cukier 300 i rośnie mimo insuliny, strach podać więcej i więcej.... A w nocy w ostatniej chwili odłączanie pompy, bo spadło do 60... To straszna choroba...