Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

To były piękne dni

   Wróciłam z Krakowa, nawet trochę już odpoczęłam i mogę zacząć ogarniać wrażenia i wracać do codzienności. Było fantastycznie. Oczywiście sporo wiedzy, ta medyczna mnie niewiele zaskoczyła, bo jestem przecież na bieżąco w temacie. Ciekawe wiadomości i cenne uwagi w zakresie prezentacji i przeprowadzaniu szkoleń. Ale przede wszystkim znajomości. Było nas tam trochę ponad 30 osób, część kojarzyła się mi z grup Facebookowych, ale spotkać się na żywo to było niesamowite. Przede wszystkim doskonale się rozumieliśmy, większość z tym samym problemem (dziecko z cukrzycą, część sama z cukrzycą), ale z różnymi doświadczeniami. Dobrze było się nimi powymieniać, porównać własne działania z tym co robią inni, jak sobie radzą w różnych sytuacjach. Nie nudziły nas opowieści cukrzycowe (nasi znajomi spoza cukrowego świata miewają nas dość), nie denerwowało ciągłe podglądanie w telefonie jak z cukrem i kombinowanie co zrobić. Wspieraliśmy się w nieco trudniejszych chwilach. A przede wszystkim dobrze się bawiliśmy.

      Początkowo nieco miałam obawy, czy uda się mi- osobie nieco aspołecznej- zintegrować z innymi, ale okazało się, że było to bardzo proste. Wszyscy byli bardzo sympatyczni, otwarci, kontaktowi. Czasu na integrację nie było za dużo, bo grafik bardzo wypełniony, ale od czego są noce? Każdy z nas wyrwał się na chwilę z cukrzycowej codzienności i chciał wykorzystać czas do maksimum. Będzie co wspominać, a mam też nadzieję, że przynajmniej niektóre znajomości, mimo wielu kilometrów między nami, przetrwają. Kurs oczywiście zaliczyłam z wynikiem pozytywnym, teraz mogę czekać, jak to będzie w praktyce.

   A sam Kraków? Jak zwykle pełen mocy. Pogoda dopisała- poranne mgły mijały dość szybko, słońce w ciągu dnia kusiło, ale oczywiście grzecznie siedzieliśmy na zajęciach. Wieczorem krótki spacerek dla oddechu, ale za to w niedzielę można było się nasycić atmosferą do woli. Tym bardziej, że przecież to było 11.11. Podgoniliśmy trochę zajęcia i zaliczenia, dzięki temu mogliśmy pójść na Rynek i z mnóstwem innych ludzi odśpiewać w południe Hymn. Wrażenie nieziemskie... Potem z jedną z koleżanek poszwędałyśmy się po mieście- Wawel, smok, uliczki Starówki, Kościół Mariacki, Planty. Sporo tych kilometrów zrobiłyśmy, ale było warto. Akumulatory naładowane na kolejny rok- w końcu po coś te wawelskie czakramy są, nieprawdaż?

   Do domu wróciłam nad ranem, spałam dziś do południa, a resztę dnia chodziłam nieco śnięta. Jutro już pewnie wrócę do równowagi, emocje opadną i zaczniemy w miarę spokojne życie. O ile mnóstwo kolejnych obowiązków na to pozwoli, ale mam nadzieję, że jakoś to poukładam. Najważniejsze, żeby doprowadzić do porządku cukry. Coś ostatnio bywają zbyt wysokie, korekty słabo działają, muszę nieco pozmieniać bazę i przeliczniki, a bardzo nie lubię w tym grzebać. No, ale muszę.

  A jak sobie radzili moi panowie beze mnie? Bez fajerwerków, ale przeżyli. Nie mówię oczywiście o sprawach prozaicznych- jeść mieli co, ubrać się potrafią sami,  w domu też jako taki porządek utrzymali. Bardziej chodzi mi o sprawy cukrzycowe. Przeszli chrzest bojowy, bo niespodziewanie przestał działać sensor, a Filipowi dość trudno samodzielnie go założyć. Na szczęście byłymąż stanął na wysokości zadania, może nieco nieudolnie, ale efekt końcowy był zadowalający. Z cukrami w nocy oczywiście tak dobrze nie było, to ja na swoim telefonie kontrolowałam i wydzwaniałam, żeby podać korektę. Raz musiałam obudzić Kubę, bo do byłegomęża nie mogłam się dodzwonić, a raz było tak, że owszem dodzwoniłam się, powiedziałam, że trzeba podać korektę i czekam, czekam, czekam. Po dobrej minucie albo i dłużej pytam, ile tej korekty poszło. Nie poszło, bo byłymąż zasnął przy telefonie. Dopiero za drugim razem udało mi się doprowadzić sprawę do końca. 

  Miałam ambitne plany przeczytania ostatniego tomu sagi "Zemsta i przebaczenie", ale mało brakowało, żebym tego nie dokonała. Drogę do Krakowa- 7 godzin- przegadałam z dziewczyną z pracy, która też tam jechała. W Krakowie nie było na to czasu, dopiero w drodze powrotnej, w pociągu do Warszawy i w samej Warszawie czekając na autobus udało mi się przeczytać 3/4, dziś w domu przy kilku kawach skończyłam. Naprawdę świetnie napisane, i wzruszające miejscami, i do śmiechu. Może na koniec zbyt pochopnie autorka uśmierciła kilka osób, ale jak rozumiem ma nie być ciągu dalszego, tylko teraz inne opowieści. Plus- dla większości bohaterów zakończyło się "i żyli długo i szczęśliwie". Zastanawiałam się, co ja teraz będę czytać, ale już mam inspirację, podejrzałam na blogu 2lucii, kolejną sagę, tym razem już czas nieco późniejszy, po wojnie, "Spacer Aleją Róż" Edyty Świątek. Choć i kilka innych mam w zanadrzu. Zwłaszcza kusi mnie "Dynia i jemioła- nietypowe historie świąteczne" Anety Jadowskiej, opowiadania o moich ulubionych bohaterach uniwersum Thornu. 

    Jeszcze tylko jedna mała opowiastka- żeby nie było tak idealnie. Jestem zorganizowana i poukładana, a jednocześnie czasem nieznośnie roztrzepana. Wszystkie bilety na swoje podróże pozamawiałam z odpowiednim wyprzedzeniem, podrukowałam i byłam pewna, że podróż mam spokojnie poustawianą. Z jakimże zdziwieniem w niedzielny poranek 11.11 wyciągnęłam bilety na drogę powrotną (żeby się upewnić, że wszystko gra) i moim oczom ukazała się na bilecie autobusowym data 12.11. Jakim sposobem zamówiłam bilet na dobę później niż powinnam, to nie wiem. To znaczy wiem, za dużo kombinowałam. Udało mi się ten bilet zwrócić i znaleźć miejsce na właściwą godzinę. Choć nie powiem, trochę stresu miałam. Bo powinnam po krótkim oczekiwaniu przesiąść się na dworcu Warszawa Zachodnia z pociągu do autobusu, a w rezultacie musiałam ponad 2 godziny czekać na Centralnym. A nie jest to przyjemne doświadczenie. Policji było mnóstwo, więc przynajmniej w miarę bezpiecznie, ale dworzec w centrum stolicy, a usiąść nie ma gdzie. Maleńka poczekalnia na piętrze pełna młodzieńców z flagami (wracali z Marszu Niepodległości) i bezdomnych, większość płci męskiej, więc raczej nieswojo się tam czułam i zrezygnowałam. A w tej wielkiej hali ławeczek zero. Dziwne to trochę... Ale pewnie ja z prowincji, to się nie znam. 

   No i tak- koniec laby. Wiem, że wielu osobom ten dzisiejszy wolny dzień pokrzyżował plany, ale dla mnie był jak prezent pod choinkę. Dzięki temu mam czas na spokojne wejście w normalność. 

poniedziałek, 12 listopada 2018, aga-joz

Polecane wpisy

  • Czasem i mnie dopada

       Niemoc, zniechęcenie, brak sił, wkurzenie na cały świat. No może nie cały, a tę cukrzycową część. Nie ogarniam momentami. Ta czarna dziura, o które

  • Matka wyrodna przedświąteczna

      Lata świetlne temu, kiedy to jeszcze byłam młoda i mi się chciało (oj, jak chciało!) w przedświątecznym szale sprzątać, gotować, przystrajać, przygotowyw

  • Smuteczek

        Znów nie wyszło czyli wyszło jak zwykle. Łacina zaszczytne ostatnie miejsce, standard na remisie z ostatnią parą, w mistrzostwach województwa tak

Komentarze
2018/11/13 08:15:59
Fajnie, że oderwałaś się od codzienności :)
Z sag rodzinnych polecam "Córkę cieni" Ewy Cielesz i "Kobiety z ulicy Grodzkiej" Lucyny Olejniczak. Ale tam nie ma "żyli długo i szczęśliwie". Chociaż myślałam, że "Kobiety" się skończyły, a właśnie wyszedł kolejny tom...
No i jest jeszcze Ross Poldark, ale to chyba nie moje klimaty...
-
2018/11/13 09:42:45
No i fajnie, że i tam i tu udało się wszystko ogarnąć. Rozbawiło mnie stwierdzenie na temat spaceru po Krakowie dla oddechu, mając na uwadze alarm smogowy. Jeśli chodzi o "Zemstę i przebaczenie" to chyba nie żałujesz postaci Emila ( jeśli dobrze pamiętam)? A ze swojej strony polecam "Ósme życie. Dla Brilki".
-
2018/11/13 10:26:57
Zazdroszczę Ci Krakowa 11.11.2018:) Mam w duszy jakby zapamiętany nastrój z 11.11.1918, to chyba w genach przeszło;)
-
Gość: Ewikka, *.static.korbank.pl
2018/11/13 18:45:04
Przy Dworcu Centralnym, przy wyjściu z hali, jest mała kafejka - Coffee Green Nero. Smaczna kawa, herbata i kanapki. Zawsze tam czekam 1,5 godziny na moją przesiadkę.