Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Jakoś się udało

   Problem został chyba rozwiązany, kryzys zażegnany, zobaczymy jak to się dalej potoczy. Rozmowa z trenerem i rodzicami partnerki była dość emocjonalna, może coś dała im do myślenia, bo miałam wrażenie, że trener stawał bardziej po stronie Mateusza. Byłymąż też stanął na wysokości zadania, pojawił się na tej rozmowie i rozsądnie wspierał nasze racje. Oczywiście kierunek rozmów był taki, żeby znaleźć kompromis. Propozycje? Zdjęcie z kimś innym- nie wchodzi w grę, to musi być z partnerem. Plakat na kolejny turniej (czas dla Mateusza na dorośnięcie do decyzji)- nie, musi być teraz. Mati z kolei nie chce pokazać twarzy- dlaczego? Przecież ani nie jest zezowaty, ani jakoś specjalnie brzydki (wręcz powiedziałabym nieskromnie, że bywa bardzo przystojny), a we fraku- och, nie mógłby się opędzić od dziewczyn, a koledzy by tylko zazdrościli. Po prostu nie dało się w żaden sposób ich przekonać, że "nie" oznacza "nie" i niekoniecznie muszą być racjonalne argumenty. Bo to co dla nas jest głupstewkiem, dla kogoś innego oznacza coś niesamowicie ważnego. nawet jeśli nie umie tego nazwać. A dlaczego Mati wcześniej nie protestował? Cóż, z jednej strony każda para chce być na plakacie (na ich miejsce w razie rezygnacji ustawiła się kolejka), z drugiej- trenerzy w zasadzie nie pytają o zdanie, tylko informują i tyle. To ich decyzja, a para ma czuć się wyróżniona. Tak więc Mati mógł się spodziewać, ale nie był pewny i głupio mu było przed ogłoszeniem decyzji wyrywać się ze sprzeciwem. Moje dziecko jest też potwornie nieśmiałe...

   Na czym stanęło? Udało się znaleźć zdjęcie, na którym Mati jest praktycznie tyłem, za to partnerka w pełnej krasie. Z wielkim bólem ze strony mojego dziecka  zostało zaakceptowane, trener przyklasnął. Po czym mama partnerki przysłała mi kilka innych fotek, gdzie twarz Mateusza jest znacznie lepiej widoczna, bo jednak jej się bardziej podobają. No po prostu myślałam, że nie wytrzymam. Fakt, że przy okazji po raz kolejny poruszyłam wiele innych spraw, które mi się nie podobają. Mam jednak wrażenie, że do nich to nie dociera. O tych wszystkich problemach mówiłam już wielokrotnie, a za każdym razem dyskusja zaczyna się od zera, jakby nigdy wcześniej nie było tematu. O dziwo- mimo że Mati nie czuje się bardzo usatysfakcjonowany tym rozwiązaniem, to bez problemu zgodził się na dodatkowe treningi i wyjazd w niedzielę na turniej, wręcz sam chciał. Bo on jednak lubi taniec i chce tańczyć, ale nie na zasadzie "za wszelką cenę do sukcesu".

   Po rozmowie z trenerem odniosłam też wrażenie, że w chwili obecnej taniec nie jest już sportem jak to było kiedyś, nawet te 10 lat temu, kiedy moi chłopcy zaczynali swoją przygodę. Teraz to rozrywka dla snobistycznych rodziców, którzy maja czym się pochwalić- "moje dziecko tańczy!!!" Bo to taki elitarny sport. A ileż wyrzeczeń wymaga od tychże rodziców- stroje, buty, wyjazdy, rywalizacja, czas. A w zamian marny dyplom i duma, jeśli uda się coś osiągnąć. Owszem taniec jest elitarny, ale i bardzo niszowy. Miło popatrzeć i tyle. Tak jak opowiadał trener- kiedyś sam musiał zapracować na wyjazdy, treningi, a teraz rodzice dadzą z siebie wszystko i są dumni, bo ONI SIĘ TAK POŚWIĘCAJĄ, żeby dziecko mogło tańczyć. Kurczę- ja też lubię popatrzyć sobie na tańczące pary, ale nie chce mi się poświęcać. To ma być przyjemność, a nie poświęcenie. Ale ja nie jestem normalna. 

   Nie powiem, że sposób rozwiązania problemu mnie zadowolił. Żadna ze stron nie jest do końca w pełni usatysfakcjonowana. My- bo jednak Mateusz został w pewien sposób złamany i zmuszony. Oni- nie do końca jest po ich myśli (a tu już miejsce na plakat w pokoju przygotowane). Trenerzy- podobno w całej swojej 20- letniej karierze nie mieli takiej sytuacji. Bardzo mi się za to spodobało podejście trenerki- stwierdziła, że najbardziej boi się o późniejszy stan emocjonalny Mateusza, żeby cała ta sytuacja nie doprowadziła do żadnych drastycznych kroków z jego strony. Też się tego boję...

   Spodziewam się, że za dzień czy dwa emocje ucichną, ale nie na długo. Po turnieju w niedzielę wszystko wróci do stanu sprzed afery, bo znów będzie rozczarowanie ostatnim miejscem. Będę wredna i złośliwa, ale zastanawiam się, kto szybciej wymięknie i zrezygnuje. Ja jestem cierpliwa, wbrew pozorom. Partnerka i jej mama chyba znacznie mniej. Jeśli wkrótce nie będzie sukcesów (a nie spodziewam się, żeby były), to okaże się, że ich cel czyli plakat został osiągnięty i zakończą swoje poświęcanie się. Mati też jest mimo wszystko twardy, znosi dużo, więc pierwszy raczej nie zrezygnuje. No jestem jędzą, trudno. Dziewczyny napsuły mi trochę krwi, ale jak to się mówi- podnoszę koronę, otrzepuję i zasuwam dalej. Życie toczy się bez zwracania uwagi na nasze problemiki. Za to cukier i przyległości ostatnio nieźle dają mi w kość i nad tym powinnam się pochylić, a nie emocjonować się głupim plakatem. A nie, przepraszam, plakat nie jest głupi. To raczej ja. Według niektórych.

czwartek, 22 listopada 2018, aga-joz

Polecane wpisy

Komentarze
2018/11/23 00:05:55
Tak myślałam, że w ten sposob rozwiąże się ten konflikt :)
A plakat przejdzie do historii!! :))
-
2018/11/23 07:32:48
Są ludzie ptaki i ludzie robaki. Tu dostrzegam wyjątkowo toksyczne pijawki. Choć w przyrodzie pewnie nie ma takich.
-
2018/11/23 09:27:06
Jakoś się udało, szkoda, że nie do końca metodą "wilk syty..." ale w tej sytuacji- to chyba najlepsze rozwiazanie, najbardziej kompromisowe. Podziwiam Cię za dojrzałość, bo sama nie wiem, jak zachowałabym się w takiej sytuacji.
Cukry= pełnia????
-
2018/11/25 11:57:29
Nie ma się co martwić na zapas, co będzie po niedzieli może Cię zaskoczy? Ale fajnie, że będziesz miała pamiątkę plakatową:) świetnie że znaleźliście kompromis.