Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Mógłby się już skończyć

   Październik, a zwłaszcza jego końcówka była dla mnie wyjątkowo ciężkim czasem. W tej chwili liczę godziny- byle przetrwać w jednym kawałku do jutra do 14. Środa to już przedsmak wolnego dnia, a potem mamy listopad. Podobno ma się zmienić pogoda, nawet na naszym biegunie zimna będzie około 15 stopni C. Po dzisiejszym wietrznym, deszczowym i dość zimnym dniu trochę trudno w to uwierzyć. Samochód co i rusz mnie ostrzegał "ryzyko gołoledzi"- taki inteligentny.

 Troszkę się przepracowałam w październiku. Policzywszy wszystkie godziny pracy w miejscu zasadniczym i na dyżurach wyjdzie mi 280 godzin. Oczywiście nie jest to tak, że te wszystkie godziny przepracowałam ciurkiem, były przecież dyżury pod telefonem, a i na stacjonarnych nie zawsze jest praca non-stop, ale jednak dużo tego było. I po raz kolejny sobie obiecuję, że nigdy więcej. Pewnie do następnego razu. Tylko też po raz kolejny dość boleśnie się przekonałam, że póki jestem dyspozycyjna, to mnie wychwalają i całują po stopach, a jak powiem, że nie mogę, bo mam inne plany- od razu obraza. Grafik dyżurowy na listopad nie domknięty, kilka osób zrezygnowało, nikt nowy nie pojawił się, a ci co są- nie mają zamiaru się przepracowywać i w ten sposób 1/3 miesiąca jest nie obsadzona. Głównie w tym czasie, kiedy jadę do Krakowa, więc grzecznie wytłumaczyłam, że mnie po prostu w tym czasie nie ma. Komentarz zwrotny pominę. Na dodatek wczoraj zamiast spokojnie dyżurować pod telefonem, od 18 byłam na dyżurze stacjonarnym. W trakcie dyżuru rozchorowała się osoba pracująca i nie była w stanie dalej nic robić. Nie, my nie mamy prawa chorować, na posterunku trzeba trwać nawet z wymiotami, wysoką temperaturą, ba! nawet z zawałem lub udarem. Kroplówka i do roboty. Chciałam być dobrym człowiekiem, pomóc w potrzebie, to zostałam delikatnie ofuknięta, że takie zamiany to nasza prywatna sprawa. Ale jak nie ma obsady w ogóle i zgadzam się na kolejny dodatkowy dyżur- o! wtedy to jestem cudowna i niezawodna, zawsze można na mnie liczyć. Ot, moralność Kalego...

  Naprawdę dojrzewam do myśli, żeby jednak zrezygnować z tej wątpliwej przyjemności dyżurowania. Bo nie jest to normalna praca. Wielokrotnie rozbijam się o mur niemożności zrobienia czegoś, braki sprzętowe, warunki socjalne bardzo marne, traktowanie jak najgorsze pomiotło. Owszem, jest z tego kasa, ale co mi to da, jak nie ma normalnego życia? Nie wspomnę już o wielokrotnych dyżurach w czasie świąt i innych wolnych dni. Na dodatek Filip i jego cukry. Jak jest dobrze, to dobrze, ale byłymąż czasami potrafi nieźle podnieść mi ciśnienie- proszę o zrobienie czegoś konkretnie, w określonym czasie- nie, przecież się nie pali, wymyślam. Choćby poranna kalibracja- powinna być zrobiona na stabilnym cukrze, przynajmniej z 15 minut przed podaniem insuliny na śniadanie.  A insulinę też zazwyczaj trzeba podać przynajmniej 15-20 minut przed jedzeniem. Czyli kolejność jest taka- pobudka rodzica o 6, rzut oka na telefon, cukier stabilny, pomiar z palca, wpisanie poziomu do telefonu i można iść zająć się śniadaniem. Około 6.40- a jeśli cukier wysoki to i znacznie wcześniej- podanie insuliny na śniadanie, Filipa budzimy około 7, śniadanie, toaleta poranna i do szkoły. W dni kiedy mam dyżur i z chłopakami nocuje byłymąż śniadanie jest dokładnie opisane, przeliczone, jego zadanie to kalibracja i wstukanie dawki insuliny na pompie w odpowiednim czasie. Trudne? Ależ oczywiście, że tak. Przecież to podobno żadna różnica, jeśli zrobi się kalibrację za 5 siódma i zaraz potem insulinę. Mimo że na szkoleniu twierdzono, że to może zaburzyć prawidłowe wskazania sensora. Ale na szkoleniu to byłam ja, a byłymąż nie musi przecież mi wierzyć, bo może akurat mam ochotę utrudnić mu życie swoimi fanaberiami? Szkoda mi budzić Filipa o wczesnej godzinie, zresztą nie wiem, czy bym się do niego dodzwoniła, bo o tej porze zazwyczaj śpi jak zabity. No przykro mi bardzo, ale póki co to zadaniem rodziców jest zapewnić mu komfort życia. Myślałam, że przez te dyżury byłymąż zaangażuje się choć trochę bardziej, ale pozostanie to chyba w sferze marzeń. On wie swoje i moje tłumaczenia to jak grochem o ścianę. Boję się z tego powodu wyjazdu do Krakowa- przez ponad 4 dni może się nieźle namieszać. A przecież nie wrócę w każdej chwili, nie da się.

  Ale mimo obaw to jednak cieszę się na ten wyjazd. Po pierwsze mój ukochany Kraków- trochę energii z jego czakramów zaczerpnę. Po drugie- dawka wiedzy, jaką tam posiądę i dzięki której będę mogła lepiej pomagać innym. Po trzecie- kilka dni wśród osób o takich samych doświadczeniach i problemach- mimo różnic, doskonale siebie nawzajem rozumiemy i potrafimy wspierać. Po czwarte- mobilizacja byłegomęża do współpracy, może te kilka dni w końcu otworzy mu oczy. Po piąte- długa podróż- z jednej strony ból pleców i tyłka od siedzenia i na 100% choroba lokomocyjna w drodze powrotnej (niestety część musi być autobusem, nie ma innych połączeń), ale też dużo godzin na czytanie. Może uda mi się skończyć sagę Joanny Jax, o ile wcześniej tego nie zrobię. Tom IV w połowie, pojawił się wątek syberyjski. Wiem, przemawia przeze mnie moja schiza, ale te rozdziały, które opowiadają o Kołymie najchętniej bym ominęła. Naprawdę nie wiem, czemu taki trudny jest dla mnie ten temat, przecież ani nikt z rodziny nie ucierpiał w czasie wywózek na Syberię, ani nie jest to coś znacznie gorszego od innych okropności wojny, ale po prostu bardzo to przeżywam. Ale oczywiście sagę przeczytam w całości, naprawdę niesamowita opowieść. Owszem, może czasem prawda historyczna jest nieco podkoloryzowana, ale mimo to czyta się wspaniale.

  Podejrzewam, że kolejny wpis będzie już w listopadzie, może będzie on łaskawszy od tego dłużącego się października?

poniedziałek, 29 października 2018, aga-joz

Polecane wpisy

  • Czasem i mnie dopada

       Niemoc, zniechęcenie, brak sił, wkurzenie na cały świat. No może nie cały, a tę cukrzycową część. Nie ogarniam momentami. Ta czarna dziura, o które

  • Matka wyrodna przedświąteczna

      Lata świetlne temu, kiedy to jeszcze byłam młoda i mi się chciało (oj, jak chciało!) w przedświątecznym szale sprzątać, gotować, przystrajać, przygotowyw

  • Smuteczek

        Znów nie wyszło czyli wyszło jak zwykle. Łacina zaszczytne ostatnie miejsce, standard na remisie z ostatnią parą, w mistrzostwach województwa tak

Komentarze
2018/10/30 08:29:55
Jak chcę dołożyć swojemu mężowi, to mu mówię, że "cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych". Też weź sobie to do serca...
A czytelniczo- dołożę Ci. Narzekałam, że Joanna Opiat- Bojarska taka sobie... Otóż cykl Burzyński- Majewski podoba mi się tylko troszeczkę mniej od cyklu pani Rogali. Po prostu źle zaczęłam :)
-
2018/10/30 15:37:51
Oprócz uporczywego wiatru już jest całkiem przyjemnie, może były mąż będąc dla odmiany pod ścianą spręży się i ogarnie wszystko tak jak być powinno. Lepiej byłoby nie myśleć o tym negatywnie na wyjeździe. Joanna Jax już w całości za mną i wszystki m będę polecać tę lekturę, chociaż owszem, nie wszystkie wątki i sceny można traktować tylko powieściowo, jeśli się ma wspomnienia chociażby przekazywane z ust do ust.
-
2018/11/01 01:28:52
Jak Ty pojedziesz do Krakowa, to Twój mąż prawdopodobnie stanie na wysokości zadania. Przecież to także jego dzieci. Może poczuje się odpowiedzialnym rodzicem. A może ta kilkudniowa opieka nad synami sprawi, że nagle uświadomi sobie, jaki Ty ciężar dźwigasz na swoich barkach i częściej Cię wesprze. Czasami taki dłuższy czas opieki sprawia, że człowiek nagle przegląda na oczy.