Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Dzisiejszy wpis sponsorują

  Michałki chałwowe i słony karmel. Ale nie lody, a likier. Alkoholu w zasadzie nie pijam, jeśli już to najczęściej piwo bezalkoholowe. Kiedy od znajomej, wiedzącej jak kocham lody o smaku słonego karmelu dostałam tę buteleczkę, to czekała ona długo na rozpoczęcie. W końcu się doczekała. I ten likier jest jeszcze smaczniejszy niż lody. Michałki- udało mi się ocalić kilka z torebki, którą Filip z okazji urodzin zanosił do szkoły w celu poczęstowania kolegów. Były różne, białe, truflowe, czekoladowe, mleczne no i te najsmaczniejsze, chałwowe. Bez większych wyrzutów sumienia zjadłam kilka. Po wczorajszym treningu, kiedy to instruktor krzyczał co chwila- "ogień, dziewczyny, ogień!" należało mi się. Obawiam się, że jutro będzie dość ciężko z chodzeniem, bo ćwiczyliśmy mięśnie pośladków. Faktycznie był ogień, bo po kilku seriach ćwiczeń te pośladki paliły jako żywo. A z ćwiczeniami jest tak, że skutki odczuwa się nie następnego dnia, a dopiero kolejnego. Czyli jutro będę chodziła jak ostatnia łamaga. Już powoli zaczynam odczuwać. A i tak  nie wszystkie ćwiczenia wykonywałam solidnie, bo kilka dni temu odezwała się moja kontuzja sprzed wieków. Mam między łopatkami dość wrażliwe miejsce, które kiedyś sobie niechcący naciągnęłam. I zdarza się, że przy określonym ruchu coś mnie w tym miejscu dzióbnie i jestem załatwiona, mogę chodzić,robić wszystko poza ruchami skrętnymi- mam wtedy problem na przykład z oglądaniem się do tyłu w samochodzie. Po pewnym czasie przechodzi samo, tak było i tym razem, ale na ćwiczeniach nie ryzykowałam. Oprócz ćwiczeń była też solidna dawka śmiechu, biedny instruktor nie mógł ogarnąć bandy pań i panienek, które pracując ze sobą na co dzień, nie mogły mimo to powstrzymać się przed żarcikami i docinkami. Cudnie było...

    Natomiast dziś w pracy przez chwilę nie było mi do śmiechu. Poinformowałam o planowanym przeze mnie wyjeździe na szkolenie i zaczęło się. Bo w tym samym czasie szkolenie mają też obaj koledzy. A i szefowa też coś tam miała zaplanowane. W związku z tym zostałby tylko jeden z chłopaków i pewnie by sobie nie poradził z pracą przez cały dzień- choć mnie kilka razy zdarzyło się tak pracować. Kiepsko się z tym poczułam. Wielokrotnie zmieniałam swoje plany, żeby pomóc kolegom. Często kosztem rodziny, własnego zdrowia. A tu nagle dowiaduję się, że powinnam dużo wcześniej informować o takich planach. Gdybym wiedziała, to bym poinformowała, sama dowiedziałam się o możliwości tego kursu 3 dni temu. Nie mam możliwości wyboru terminu, kolejny będzie za dwa lata. Przez moment mój ewentualny wyjazd zawisł na włosku. A potem okazało się, że jednak nie, szefowa ma swoje szkolenie w innym terminie. Mimo to nie czułam się dobrze, może niesłusznie miałam wrażenie, że moje potrzeby są ignorowane, ale trochę to nie było fair. Rozumiem, że szefowa ma swoje humory, ale w końcu jestem naprawdę solidnym pracownikiem, kiedy nie muszę- odpuszczam, ale na tym naprawdę mi zależało. 

   Jutro jedziemy na turniej, "tylko" 100 km. Nie spodziewam się sukcesów, pewnie jak zwykle nawet nie uda się wejść do finału, ale kto wie, cuda się zdarzają. Choć nasi konkurenci są bardzo mocni...W niedzielę pracuję. I po weekendzie.

piątek, 05 października 2018, aga-joz

Polecane wpisy

  • Katastrofa, trzęsienie ziemi i koniec świata

     Ależ się porobiło! Nawet by mi do głowy nie przyszło, że z takiej dupereli zrobi się ogromna afera i rykoszetem oberwie sporo osób. Sprawa jeszcze nie roz

  • Życie na poziomie

         Najlepiej, żeby ten poziom był stabilny. Nie za wysoki- tak do 180 maksymalnie, nie za niski- absolutnie nie poniżej 70, a najlepiej w grani

  • Dziś też się nie uda

    Nie dam rady i koniec, kropka. Miałam napisać o cukrzycy, życiu z nią, blaskach, cieniach i problemach. Niestety- mój przedpotopowy laptop się zbuntował. Najpie

Komentarze
2018/10/06 14:07:41
Dobrze, że sprawy pracownicze udało się dopiąć, chociaż niesmak pozostaje, ale minie...wszak można go "zapić" słonym karmelem, na który się jeszcze nie odważyłam:)