Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Nic nie boli tak jak życie

  No chyba, że moje obolałe ręce, nogi, plecy, nawet stopy. Trener powiedział nam, że to nie zakwasy tylko coś tam innego, nieważne, boli podobnie. Da się ruszać, choć nie bez trudu. Na szczęście wkrótce przejdzie. Gorzej z innymi bólami, bo są i takie, które nawet po dobrych środkach znieczulających nie giną całkowicie, chowają się gdzieś w kącie i czekają na sposobny moment i atakują ze zdwojoną siłą. A jest tego w życiu trochę. Mogę być nie wiem jak gruboskórna, ale każdy ma jakąś swoją piętę Achillesa i w końcu zostanie w nią ugodzony. Rzecz jasna różne są wagi cierpienia. To co dla jednego jest drobnostką, dla kogoś innego urasta do rangi życiowej katastrofy, dlatego staram się nie oceniać, nie wartościować, nie mówić- zobacz inni mają gorzej. Inni mają inaczej, inni nie są mną. Nawet jeśli sytuacja jest podobna. Bo każdy inaczej przeżywa swoje katastrofy i nie zawsze da się znaleźć jakieś rozsądne słowa na pocieszenie czy wsparcie. Czasem dobrze jest po prostu być. Bo cóż ja więcej mogę? O ile oczywiście chcę. Bo nie zawsze chcę, nie dla każdego. Czasem, dla ochrony własnego spokoju wolę udawać, że mnie to nie dotyczy. Wiem, to strusia polityka, chowanie głowy w piasek, ale dlaczego mam wspomagać kogoś, kto dobitnie wielokrotnie dał mi do zrozumienia, że moje problemy są tak naprawdę tylko moje? Może się nieco zmienił, może zmądrzał, dorósł, a może to tylko kolejna poza, teatrzyk obliczony na wywołanie we mnie jakiegoś współczucia.

  Skąd to wszystko? Ano byłymąż ostatnio poważnym tonem zapytał, czy jestem zadowolona ze swojego życia. Na tyle na ile mogę- jestem. Nie wszystko jest tak, jak bym chciała czy wymarzyła, ale pewne rzeczy muszę zaakceptować, z innymi się pogodzić, jeszcze inne tolerować, a niektóre próbować zmieniać. Przez ostatnie lata przeszłam spory kawałek drogi w kierunku samoakceptacji i poczucia własnej wartości. Przede mną jeszcze daleka, bardzo daleka droga, cel majaczy się w niesamowicie odległej perspektywie, obawiam się, że nie zdążę do niego dojść, ale czy muszę? W zasadzie nic nie muszę. Ewentualnie mogę chcieć. Oczywiście wielokrotnie moje rewelacyjne poglądy ulegają modyfikacjom, bo okoliczności się zmieniają. Zdarza mi się zapomnieć, co sobie założyłam i do czego dążę, zabrnę niekiedy na manowce i potem długo błądzę, zanim trafię znów na swoją drogę. Ale to też staram się akceptować. Takie jest życie i nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. 

   A mój biedny byłymąż jest szalenie rozdarty. Bo ma poczucie, że stoi w miejscu, nie rozwija się. Chciałby coś zmienić w swoim życiu, tylko chyba nawet nie wie co. Ale intensywnie stara się pracować nad sobą. Dużo czyta (nie dopytywałam jakiego rodzaju te lektury, ale podejrzewam, że są to podręczniki o tymże rozwoju osobistym), rozmawia z ludźmi w internecie. I ludzie są tacy rewelacyjni- ot choćby potrafią napisać książkę i ją wydać, podróżują, spotykają się, mają hobby, robią coś dla siebie. A on kiedyś chodził na hiszpański, aikido, salsę, a teraz nawet tego nie ma. Pracuje po 10 godzin dziennie i nie ma czasu na normalne życie i zainteresowania. A i kasy za wiele za tę pracę też nie ma. A na głowie kredyt na mieszkanie i mnóstwo innych potrzeb. Cóż- rozumiem, że ma swoje problemy, czuje się zapewne samotny i nieszczęśliwy, ale w sumie nie do końca to jest mój kłopot. Nie chciałam być zbyt złośliwa, ale poczułam lekką satysfakcję. Bo te wszystkie rozrywki, na które miał czas w trakcie naszego małżeństwa były moim kosztem. Ja pracowałam w dwóch lub trzech miejscach, potem jeszcze ogarniałam dom, dzieci, a on miał kasę i satysfakcję, że się rozwija. A do mnie pretensje, że jestem wiecznie zmęczona i że pranie lub czysta podłogą są dla mnie priorytetem. Pieniążki spadały z nieba, żona jako bankomat, czego chcieć więcej. Z większością problemów byłam sama. Teraz też jestem sama, ale przynajmniej wiem, że nie ma co liczyć na pomoc. Muszę sobie radzić i tyle. Da się. A przynajmniej tak sobie wmawiam. Jak się nie da, to też świat się nie zawali.

   No nic nie poradzę, że mi nie żal tego biedaka. Zobaczył, jak wygląda prawdziwe życie. O ile dobrze zrozumiałam w tej chwili jest wolny i samotny. Skąd to przypuszczenie? Rozmawialiśmy między innymi o jego bracie, który ma ponad 35 lat, nadal mieszka z mamą. Jest wygadany, przystojny, sympatyczny, ale nie zamierza się ustatkować, nawet poważniejszej kandydatki na to ustatkowanie dotychczas nie miał. Pośmiałam się, że szybciej chyba będzie wesele Kuby niż szwagra, ale ja mu dziewczyny szukać nie będę, bo to nie moja rola. I wtedy byłymąż żartem rzucił, że może wobec tego bym poszukała dziewczyny dla niego. No, niedoczekanie. Odpowiedziałam, że może i miałabym parę kandydatek, ale- tu zawiesiłam głos. A on dopowiedział- ale im tego nie zrobię. No, nie zrobię. Może i trochę zmądrzał, wydoroślał, cokolwiek zrozumiał, ale nadal w wielu sytuacjach jest Piotrusiem Panem, wiecznym chłopcem, który myśli tylko o sobie. Może na początku to jest urocze, ma swój wdzięk, ale na dłuższą metę tak żyć się nie da. Być jedyną osobą dorosłą w związku? Dziękuję, nie na moje nerwy. Mam nadzieję, że nie marzy mu się powrót na łono rodziny, bo jednak wolę być sama, nie bawi mnie niańczenie kolejnego dziecka.

   Jestem dumna z siebie, że przepracowałam wiele spraw, że jestem samodzielna i samowystarczalna na tyle, na ile to jest możliwe. I nie mam ochoty po raz kolejny pakować się w niedoskonałe relacje. Jasne, teraz nie jestem sama, bo mam chłopaków, zanim się nie usamodzielnią, to nie będę samotna. Potem może być za późno, żeby szukać kogoś na resztę życia. Ale czy ja w ogóle tego chcę? Rozsądna samotność nie musi boleć. Tak jak i życie.

sobota, 08 września 2018, aga-joz
Tagi: życie ja rozwód

Polecane wpisy

Komentarze
2018/09/09 19:09:07
Dobrze rozumiem chęć życia bez obciążenia piotrusiem panem na co dzień, straciłam i ja zbyt wiele czasu na niańczenie dorosłego faceta (który też moim kosztem się rozwijał, studiował sobie, w gierki grał, a dom i budowanie rodziny miał gdzieś). Na szczęście nie mieliśmy dzieci. Podziwiam Cię, że stanęłaś na nogi, bo to niełatwe po takich przeżyciach. Jeśli teraz czujesz się spokojna i dobrze Ci tak, jak jest to na siłę nie ma co zmieniać. Choć kto wie jak będzie w przyszłości, życie może Cię jeszcze nie raz pozytywnie zaskoczyć :) Czasem nie wiadomo czego się chce, ale przynajmniej już wiesz czego na pewno byś nie chciała.. To też cenne.
-
2018/09/09 19:47:46
To, że jesteś wielka, superbabka powtarzać nie będę. Ale mam nadzieję, że uświadomiłaś byłemu to wszystko co napisałaś w tym wpisie.
On ci wyraźnie wysyła sygnały - jestem do wzięcia !
W podtekście - szukam sponsorki!
-
2018/09/09 22:54:00
Jesteś wspaniałą Matką, Kobietą i Człowiekiem. Jestem pewna, że znajdziesz w życiu to, co jest dla Ciebie ważne.
-
2018/09/10 10:43:09
Kiedy czytam Twoje słowa, to moje dawne życie staje mi przed oczami. Piotruś Pan jest nie do wytrzymania na dłuższą metę, zero odpowiedzialności za dom i rodzinę, przyjemności, nocne niepowroty, bo co to za atrakcja w domu - chore dziecko? Przyjemniej wyjść po lekarstwo i wrócić za 2 dni np....
Dobrze zrobiłaś, nie daj sobie przypadkiem litością głowy zawrócić, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki - powiedz mu i pa, pa...
-
2018/09/10 15:25:44
Niełatwo rozmawia się z byłym, bo każda ze stron może dotknąć struny, która fałszywie zabrzmi lub przypomni to, o czym chciałoby się zapomnieć. Kiedy ma się dzieci rozmawiać trzeba, ale ... czy warto być powierniczką egzystencjalnych rozterek byłego partnera? Nie wiem, czy nie ucięłabym tych wynurzeń w zarodku, bo mam wrażenie, że zapytał Cię czy jesteś zadowolona ze swojego życia, a tak naprawdę chciał ci poopowiadać o swoich "poszukiwaniach sensu życia". Zadowolenie z życia nie jest czymś stałym i nie dotyczy życia jako całości, czasem jest się zadowolonym, a innym razem nieco mniej, Podobnie jest ze szczęściem, które może trwać tylko chwilę, a reszta to jest zwyczajne codzienne życie i wygląda na to, że Ty potrafisz sobie świetnie z nim radzić, w przeciwieństwie do byłego. Pozdrawiam. I.