Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Piątek trzynastego

   A nic nie zapowiadało. Miał być normalny poniedziałek. Normalny czyli sporo pracy, ale bez tragicznego nadmiaru. Po weekendowym odpoczynku trochę sił było. Bo w zasadzie to niedzielę prawie całą przespałam. W sobotę miałam dyżur pod telefonem, przez cały dzień był spokój, wieczorem jeden wyjazd, w środku nocy drugi i nad ranem trzeci. Udało mi się złapać typowego dyżurowego hat tricka- stwierdzenie zgonu, cewnik i wyjazd nieuzasadniony, ale nie ma co marudzić, w końcu taka to praca. Kiedy już mogłam spokojnie zasnąć, to po 3 godzinach obudził mnie telefon od teściowej z zaproszeniem na obiad. Z chęcią skorzystaliśmy- dzięki temu po obiedzie znów mogłam trochę pospać. Wieczorem chwila powrotu do żywych, przygotowania na dzień kolejny i dalej spać. Nie wiem czy to pogoda- w sobotę padało prawie bez przerwy, czy zmęczenie i emocje, ale dawno aż tak się nie zdarzyło. Powinnam więc być dziś wypoczęta. Byłam, tak mniej więcej do 14, potem nastąpiła kumulacja i mogłam zapomnieć o dobrym samopoczuciu. 

  Początkowo było znośnie, ale o 14 powinien przyjść do pracy kolega. Kiedy po 15 minutach go nie było i ludzie zaczęli się niecierpliwić, zaczęło się dociekanie, co się stało. Okazało się, że wziął urlop na ten tydzień, tylko administracja zapomniała to odnotować. Cóż było robić- nie wszystkich dało się odwołać, więc miałam podwójną robotę. Po kolejnej godzinie okazało się, że jest jeszcze problem z jutrem- szefowa też jest na urlopie, a to było jej popołudnie. Drugi z kolegów, który miał przyjść na to popołudnie oznajmił że jednak nie, bo zamienił dyżury w innej pracy i nie może. Zostałam ja- ale też mi to bardzo komplikowało życie. Bo i ja mam jutro dyżur, tyle że od 18 (a kolega od 15). Między pracą a dyżurem miałam zamiar zrobić zakupy i przygotować nieco jedzenia na wolną środę, kiedy to mamy spotkanie rodzinne przy ognisku w domu babci byłegomęża. Poza tym dziś byłam umówiona po pracy do fryzjerki (moja ulubiona pani fryzjerka pracuje czasem i do 22, jeśli klient nie może inaczej). Żeby dopełnić miarki nieprzyjemności, to zadzwonił jeszcze inny kolega, który dyżur miał mieć dziś, ale nie może i bardzo, ale to bardzo prosi... Nie lubię odmawiać, bo wiem, że czasem są sytuacje bez wyjścia, ale ten kolega zazwyczaj robi to w ostatniej chwili, kiedy nie mam już pola manewru. Ech, niby nie moja wina, ale jednak czuję się niekomfortowo. 

  Poza tym trafił nam się dziś dzieciak 10- letni, ze świeżą cukrzycą. To już w tym roku chyba 3 czy 4 w naszej przychodni. Okropność. Zawsze taki moment mnie dołuje, stają mi przed oczami te wszystkie emocje sprzed prawie 4 lat, czuję wręcz fizyczny ból i nie wiem co robić, co powiedzieć. Życie tej rodziny robi dramatyczny zwrot, oni jeszcze nie mają świadomości, jak to dalej będzie, ile czeka ich problemów, trudności, niepewności, lęków. Ja niestety wiem i nie zazdroszczę. U nas przez ostatnie dni jest dość spokojnie, ale wiadomo, to spokój przejściowy, za moment niespodziewanie jak łupnie, to nie będę wiedziała znów w którą stronę się zawrócić i jak to wszystko ogarnąć.

   Jeśli chodzi o spadające gwiazdy czyli perseidy- w tym roku je olałam totalnie. Wieczorami bywało pochmurno. Rozpływały się te chmury koło północy, ale za to wtedy było po prostu zimno (niewiarygodne, ale 12-15 stopni po poprzednich upałach tak się odczuwa. Zresztą sierpniowe noce na ogół bywają chłodne), poza tym północ to pora na spanie, a nie na patrzenie  w niebo. Mati umówił się na oglądanie gwiazd z kolegami na działkę jednego z nich. Sobotni deszcz spowodował lekkie przesunięcie biwakowania, pojechali rowerami (tylko 10 km, co to było) wczoraj po południu. Wrócili dziś. Gwiazdy pooglądali, było ognisko, fajna zabawa. Tyle że Mati wrócił z pięknie obdartym nosem i czołem- na skutek zderzenia po ciemku z narożnikiem drewutni. Dobrze, że tylko tyle, bo jakby się konkretniej poobijał lub połamał, a w sobotę jadą na obóz taneczny... Byłoby wesoło.

   Cóż, nie bardzo wierzę w dni pechowe, dotychczas omijały mnie typowe kumulacje, ale dziś dał mi się ten pech i zbiegi złych okoliczności we znaki. Dobrze, że już za chwilę kolejny dzień, zmiana cyferki w kalendarzu i nie ma prawa nic więcej się wydarzyć. No chyba że jeszcze będę musiała z kocicą pójść do weterynarza, bo złapała jakąś infekcję dróg moczowych, na razie po zaocznej wizycie dostaje antybiotyk. Oby jej to przeszło, bo biedna wpada w panikę i bardzo płacze, kiedy musi wyjść z domu. Aczkolwiek podawanie jej leków to też wyższa szkoła jazdy. 

    Jak widać nie ma nudy...

poniedziałek, 13 sierpnia 2018, aga-joz

Polecane wpisy

Komentarze
2018/08/14 12:34:28
No faktycznie, nie ma nudy. Skumulowało Ci się tyle, że szok i niedowierzanie:( Ago, jesteś tak dzielna -będę powtarzać to ciągle - i dobra, aż nie do uwierzenia w dzisiejszych czasach. Natomiast współpracownicy się nie popisali, to skrajna nieodpowiedzialność, tak absolutnie wszystko na Twoje barki składać, przecież nie jesteś robotem!
"Uściskuję" najserdeczniej:)))
-
2018/08/17 15:44:11
Brzmi nie za faaajnie..