Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Moje pierwsze greckie wakacje

   Wróciłam do domu, już kilka dni temu- w piątek, ale najpierw była sobota, kiedy to musiałam ogarnąć mieszkanie, przeciążyć pralkę i po prostu odpocząć. Potem niedziela- odwiedziłam rodziców- jedyna okazja, żeby na spokojnie opowiedzieć o wrażeniach, zobaczyć jak się w końcu urządzili na nowym mieszkaniu (to temat na osobny wpis). W poniedziałek praca, praca, praca- nie ma to jak wrócić po urlopie i wpaść w wir. W końcu dziś udało mi się jakoś poukładać w głowie obrazki z Grecji i mogę kilka słów napisać (cha- cha- cha- kilka, kto mnie czyta, wie, że na kilku się nie skończy. Miedzy innymi dlatego tak ciężko było mi się zabrać do pisania, bo nie da się tego opisać w kilku słowach).

   Samolot- myślałam, że będzie gorzej. Sam lot spokojny, trochę trzęsło- jak w autobusie. Nieprzyjemny moment w chwili oderwania od ziemi i w czasie zmiany ciśnienia, tradycyjnie zgodnie z dobrymi radami pomogło żucie gumy. Przy lądowaniu wysuwanie podwozia też nieco szarpnęło, ale bez stresu. Widoki przez okno oczywiście zachwycające, aczkolwiek monotonne, po pół godzinie można było zająć się czymś innym. Tak że samolot przeżyłam, fanką latania nie będę, natomiast fakt, że skraca to czas dalekich podróży jest niezaprzeczalny.

  Pogoda- było upalnie, choć chłopcy stwierdzili, że któregoś dnia w domu było prognozowanych więcej stopni niż na wakacjach. Jeśli ktoś lubi upały, to na pewno pasuje taki pobyt, ja stanowczo wolę temperatury nieco niższe. Przeżyłam, choć z trudem. Za to Filip powiedział, że żadne ciepłe kraje nie wchodzą w grę w czasie lata, on chce następnym razem do Norwegii. Przy upałach ciężko jest robić cokolwiek innego poza leżeniem na zmianę z moczeniem w wodzie. Woda w morzu też była ciepła, udało mi się wejść na ponad metr głębokości, choć nie jestem raczej wodnym stworzeniem, ale kąpiel w cieplejszym morzu zaliczona. Na plaży mnóstwo przepięknych kamyczków- kilka zabrałam na pamiątkę, muszelek nie było. Chłopaki oglądali trochę podwodnego świata, ja oczywiście mam swoje fobie i głowy nie dałam rady zanurzyć.

  Przyrodniczo- tu w kółko chodziłam i zachwycałam się okolicznościami przyrody oraz pstrykałam zdjęcia. Kaktusy, opuncje, palmy, drzewa oliwkowe, eukaliptusy, fikusy jako drzewa, bananowce, mirt, wawrzyny, bugenwille, oleandry, hibiskusy, ketmia, juki, cyprysy, drzewa piniowe, platany, figowce, mandarynki i mnóstwo innego drobiazgu, którego nie umiem nawet nazwać. To wszystko, co rośnie w naszych doniczkach jako rośliny domowe, tam jest w formie drzew, krzewów, zarośli i w znacznie większych rozmiarach. Cudne po prostu. Najbardziej zachwyciły mnie bugenwille z ich intensywnie różowymi przylistkami. Wieczorem na podłodze w hotelowym hallu było ich zatrzęsienie i pięknie to wyglądało. Mogę sobie pomarzyć o takim ustrojeniu balkonu, ale chyba  z moimi zdolnościami to się nie da. Do tego cykady- darły się całymi dniami jak opętane. Za to komary były wręcz wściekłe. Zawsze mnie lubią, ale tamte przeszły wszystko- użarł mnie nawet w dłoń, a odczyny na nogach wyglądały malowniczo. I swędziały równie mocno, mimo przeróżnych środków odstraszających, a później łagodzących ugryzienia. Mateusza też nieco pogryzły, ale jednak mniej dotkliwie. Koty- trochę ich było, dzięki temu Filip był usatysfakcjonowany i mniej tęsknił za domowymi. Chudziutkie, kolorowe, zadziorne, ale dawały się głaskać. Były też wszystkożerne kozy- zasmakowały im bułeczki maślane, mam nadzieję, że nie zaszkodziły. 

  Krajobrazy- było dość górzyście, mnóstwo skał, często droga pod górę, gaje oliwkowe, makia, do tego bezchmurne błękitne niebo, mnóstwo bieli w architekturze, trochę ruin ze starożytności, woda przejrzysta, błękitna lub z odcieniem zieleni, słońce. Zdjęć widoczkowych można było zrobić mnóstwo. Na pamiątkę. Wiadomo- inne miejsce, od razu nas zachwyca , bo zupełnie odmienne od naszych znajomych. Zazwyczaj lubię piękne widoki, niezależnie gdzie jestem, to staram się znaleźć coś pięknego do fotografowania. A klimaty śródziemnomorskie przecież są malownicze i fotogeniczne.

  Zwiedzanie- tu mam spory niedosyt, ale przy krótkim pobycie, na dodatek z chłopakami, trudno jest zmieścić wszystko. Zwiedziliśmy, niestety dość pobieżnie, miasto Rodos z portem Mandraki, gdzie podobno stał słynny Kolos, starówkę, pałac Wielkich Mistrzów. Lindos- akropol, zatoka świętego Pawła, wąziutki labirynt uliczek, osiołki jako taksówki. Góra Tsambika z ikoną z XI wieku- podobno pomaga bezdzietnym parom w uzyskaniu upragnionego dziecka, a potem plaża Tsambika, ponoć najpiękniejsza- mnie się będzie kojarzyła nieco gorzej, za długo na niej nie poplażowałam. Musiałam w te pędy wracać z Filipem. Upał zwiedzaniu nie sprzyjał, poza tym chłopaki woleli raczej nieco bierny wypoczynek, oglądanie kamieni i innych cudów przyrody nie wzbudzało w nich aż takiego entuzjazmu. Ostatecznie doszłam do wniosku, że z nastawieniem na zwiedzanie powinnam była przyjechać w okolicach września lub października, kiedy byłoby chłodniej i mniej tłoczno, wypożyczyć samochód i na spokojnie oddać się podziwianiu i kontemplowaniu pięknych miejsc. Niestety, chyba to niezbyt realne...

  Cukrzyca- to właśnie ona nam namieszała na plaży. Nie był to pierwszy dzień moczenia w wodzie, więc nawet nie pomyślałam, że coś takiego może się wydarzyć. Odkleiło się wkłucie, po prostu wyszło, samo z siebie. Bardziej się bałam o CGM, żeby przypadkiem nie stracić transmitera, wkłucia nigdy nam nie odpadały. No ale morska woda widać zrobiła swoje. A tu cukier rósł i rósł, insuliny nie było jak podać, sama aktywność fizyczna nie wystarczyła na zbicie cukru. Plaża kilkanaście kilometrów od hotelu, akcesoriów do zmiany wkłucia lub pena nie wzięłam, bo nie pomyślałam i bieda. Może gdyby Filip czuł się jako- tako, to bym się nie przejmowała, ale cukier 250 i wyżej trochę źle toleruje. Mati został z byłymmężem,a my do hotelu, kilka godzin walki i wieczorem już było dobrze. Wszystkie pozostałe dni w zakresie wkłucia były spokojne, nawet nie zabezpieczałam go specjalnie. Ot, akurat wtedy było pechowo. Drugi problem cukrzycowy wydarzył się jednej z nocy- nie wiem jakim sposobem, ale skasowałam aplikację odbierającą wyniki poziomu cukru w iPhonie. Na trzeźwo nie umiałabym tego zrobić, a przez sen widocznie coś przycisnęłam i się udało. Ponowne zainstalowanie nie było taką prostą sprawą, tym bardziej, że trzeba było od nowa aktywować sensor, a to jest dość skomplikowane. Cóż, bez atrakcji obyć się nie mogło... Z cukrami było poza tym znośnie. Trudno mi się liczyło posiłki, bo były one jednak nieco inne niż w domu. Owszem, ważyłam wszystko, starałam się jakoś dopasować. Czasem okazywało się, że trzeba zrobić korektę, czasem dodatkowo dojeść, ale akurat poza drobnymi wpadkami cukry były dość dobre. CGM jednak bardzo dużo pomaga w stabilizowaniu poziomu cukru. No i te noce, znacznie spokojniejsze, śpię stanowczo lepiej.

  Pamiątki- oprócz tych typowo greckich, jak wszędzie mnóstwo dupereli pochodzenia chińskiego. Nie nastawiałam się na jakieś fanatyczne kupowanie, raczej drobiazgi- mydełka na bazie oliwy, kosmetyki z pyłem wulkanicznym, oliwa, oliwki, chałwa, baklawa, kilka magnesów, ouzo, jakiś breloczek, kubek, gąbka. Za to byłymąż szalał. Bo wszystko takie piękne, wspaniałe, tańsze niż u nas, inne. Nie wiem ile rzeczy zakupił, walizkę miał bardzo ciężką. Cóż, gadżeciarz z niego...

   Czas wolny i rozrywki- oczywiście czytałam, czytałam, czytałam. Trochę tego było, ale o książkach napiszę oddzielnie, bo byłoby za długo. W trakcie pobytu był oczywiście wieczór grecki z pokazami tańców. Przeurocze stroje PANÓW- obfita biała spódniczka- fustanella (prawie jak baletowe tutu), do tego białe rajstopki, w okolicy kolan czarne przepaski z frędzelkami, do tego olbrzymie pompony na butach. Piękne to było, choć nieco śmieszne. Tradycyjne tańce plus mniej tradycyjne, ale chyba najbardziej znane- sirtaki czyli zorba.

  Jedzenie- mniam, mniam, dużo warzyw, owoców, sery, oliwki, oczywiście sporo potraw regionalnych. Część znałam- mousaka, souvlaki, keftedes, gemista, dolmades, spanakopita plus kilka innych, których nazw nie znam i bardzo żałuję, że gospodarze nie wpadli na pomysł, żeby postawić karteczki z nazwami tych potraw. Bo zdarzało się, że jadłam coś smacznego, ale nie wiedziałam co to jest. Jeśli chodzi o desery to poza owocami- baklava, ciasteczka migdałowe. Alkoholi nie próbowałam, jakoś nie jestem bardzo chętna. Przywiozłam sobie ouzo z likierem kawowym, może za jakiś czas spróbuję i wtedy wydam opinię.

  Język- dało się bez problemu porozumiewać po angielsku. Mój angielski nigdy rewelacyjny nie był. Rozumiem dobrze co się do mnie mówi, potrafię sklecić poprawnie zdanie, ale mam blokadę, żeby mówić. Tu czasem musiałam, choćby na lotnisku, żeby wytłumaczyć sprzęt Filipa. I z tym mówieniem nie było tak strasznie. Tak jak i ze wszystkim- jak trzeba i nie ma innego wyjścia, to jakoś idzie.

  No, to chyba wszystko o tym moim króciutkim urlopie. W sumie dobrze było, mimo wszystko. Wrażeń mnóstwo, będzie co wspominać. Ciekawe kiedy uda mi się znów wybrać na taki wyjazd. Za granicą bywam średnio raz na 5-6 lat (dotychczas w dzieciństwie zdarzyły mi się kolonie na Węgrzech, potem w czasie studiów chwilowy pobyt na Białorusi, raz kilka dni na Litwie w Pałandze, krótka wycieczka do Wilna, no i największe szaleństwo- Hansa Park w Lubece, Legoland, Malmo i Karlskrona tak około 6 może 7 lat temu). Zazwyczaj wyjazdy wakacyjne to jest nasze morze, a nie zawsze uda się trafić z pogodą. Zobaczymy, szlaki przetarte, może następnym razem wybiorę się samodzielnie z chłopakami? O ile jeszcze będą chcieli jeździć z mamusią.

   Tak jak przewidywałam- wpis wyszedł mi tasiemcowy, mam nadzieję, że dało się dotrwać do końca. Teraz muszę się zabrać za nadrobienie zaległości w czytaniu i komentowaniu na blogach przesympatycznych znajomych. Trochę tych zaległości mam.

wtorek, 07 sierpnia 2018, aga-joz

Polecane wpisy

Komentarze
2018/08/07 18:28:15
W sumie widać , że jesteś zadowolona. A o to chodziło. Ja jak Filip nie lubię takich wyjazdów latem.
-
2018/08/07 18:35:47
Podziwiam Twoją znajomość roślin, jednym tchem wymieniłaś 20! Policzyłam:)
Krótki urlop, zawsze jest zbyt krótki, ale mnóstwo ciekawostek zobaczyłaś i o nich opowiedziałaś tak plastycznie, że je zobaczyłam:)))
-
2018/08/07 20:44:00
Nie taki diabeł (samolot) straszny :)
Wypoczęłaś, dałaś radę ogarnąć cukrzycę mimo niesprzyjających okoliczności, poczytałaś, pozwiedzałaś :) Aż ci zazdroszczę :) Ale tamte rejony w pełni sezonu- faktycznie trochę za gorąco.
-
Gość: ella, *.dynamic.gprs.plus.pl
2018/08/07 21:52:48
Summa summarum bilans jest dodatni :) I pięknie, tak powinno być po urlopie :)
-
2018/08/08 01:11:54
Bardzo się cieszę że wróciłaś taka zadowolona!!!
Już zacznij planować kolejny kierunek. Może Włochy, Garda - pięknie tam i chłodniej, zwłaszcza na północy
-
2018/08/08 01:12:01
Bardzo się cieszę że wróciłaś taka zadowolona!!!
Już zacznij planować kolejny kierunek. Może Włochy, Garda - pięknie tam i chłodniej, zwłaszcza na północy
-
2018/08/14 09:36:24
No i super, akumulatorki podładowane, wiem wiem nie na długo starczą ale wspomnienia zostaną i nadzieja na kolejne wyprawy, a tego właśnie Ci życzę, zdobywania tego co jeszcze nie zdobyte.
Pozdrawiam :-)