Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
Blog > Komentarze do wpisu

Spóźnione prezenty

  W zasadzie to Mateusz zrobił sobie w końcu ten prezent na urodziny sprzed tygodnia- na wczorajszym turnieju wywalczyli z partnerką III miejsce i upragniony, wytęskniony i wyczekany awans do klasy B w standardzie. W łacinie niestety znowu 4 miejsce czyli dalej stoimy, do awansu z D do C potrzebne są jeszcze 2 miejsca na podium. Cóż, po prostu są lepsi w standardzie... A teraz pora na szycie fraka. Na szczęście udało się umówić termin w Warszawie na listopad. Cudem wręcz, bo jeden z kolegów z klubu miał tak połowicznie zarezerwowany ten termin, ale zrezygnował i pozwolił go wykorzystać. Jak dobrze pójdzie, na grudniowy turniej w naszym mieście dzieciaki zatańczą w klasie B w odpowiednich strojach. Oczywiście jeśli zdążą wytrenować nowe układy, a to nie takie proste. Cały czas jeszcze zbieram się do napisania trochę więcej o tańcu, relacjach z mamą partnerki i moich emocjach w związku z tym, ale nadal to sobie układam w głowie. Niełatwa to rzecz, a nie chciałabym napisać głupstw, więc to sprawa przyszłościowa.

  Drugi prezent to mój, taki bez okazji, sama sobie go zrobiłam. Już kiedyś wspominałam o koncercie Michała Bajora, że chciałabym się wybrać. Kupiłam bilet, zorganizowałam się, bo to jednak w sąsiednim mieście i już nie było wymówek. Pojechałam, nasłuchałam się cudownych piosenek, kupiłam płytę, dostałam autograf. Koncert promuje nową płytę "Od Kofty... do Korcza". Stare, dobrze znane piosenki, nagrane na nowo. Atmosfera koncertu niesamowita, słuchanie na żywo to zupełnie inna jakość niż z płyty. Pan Michał jest szalenie sympatyczny, ładnie opowiada o swojej twórczości, przyjaciołach, a śpiewa po prostu fantastycznie. Byłam tez na jego poprzednim koncercie nieco ponad 2 lata temu i bardzo się cieszę, że i tym razem się zdecydowałam. Na następny też pojadę. jako bonus- spotkałam kilka znajomych osób z naszego miasteczka, w tym wychowawczynię Filipa. Bardzo ją lubię, czekając w kolejce po autograf porozmawiałyśmy o rzeczach pozaszkolnych, mamy sporo wspólnych zainteresowań. Tak więc nie tylko koncert sprawił mi przyjemność.

   I jeśli chodzi o przyjemności to tyle. Bo inna wiadomość, która dziś do mnie dotarła, już taka miła nie jest. Mama zrobiła sobie rtg płuc. No i coś w nim jest, nie wiadomo co, z opisu może być nic i wszystko, do dalszej diagnostyki. Przez telefon mama niby nie przejmuje się, ale znam ją na tyle, że powiedzieć nie powie, a stres przeżywa ogromny. Tym bardziej, że w rodzinie nowotwory płuc były- mamy brat zmarł kilka lat temu, a i kilka innych przypadków też było. Mama nie paliła, ale tata przez wiele lat truł ja systematycznie. Ciężko mi przełknąć tę wiadomość, ciągle liczę na to, że jednak skończy się to strachem, ale jednak boję się. Na dodatek z racji zawodu będzie mi dużo gorzej mierzyć się z wszystkimi problemami i to niekoniecznie zdrowotnymi, raczej organizacyjnymi. Nie ma co gdybać, trzeba zadziałać i tyle. Tylko jak zwykle tego typu niespodzianki nie w porę, koliduje mi z pracą. Takie to prezenty lubi robić los- już się wydaje, że coś się poukładało, a tu bach! zwala z nóg. Wiem, że nie ja jedna tak mam, ale mimo to wcale nie czuję się szczęśliwsza z tego powodu. Dość tego...

niedziela, 08 października 2017, aga-joz

Polecane wpisy

Dodatki na bloga