Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
Blog > Komentarze do wpisu

Odpłynęłam

   Udało mi się dziś znów pojechać na jogę do sąsiedniego miasta. Dla niektórych to może czyste wariactwo- jechać 35 kilometrów, ćwiczyć przez 1,5 godziny i z powrotem 35 kilometrów. W sumie około 3 godziny. Nie warto? Warto! Droga jak droga, można sobie czegoś posłuchać, porozmyślać, poplanować najbliższe dni. Ale za to sama joga- cud, miód i malina. Już kiedyś pisałam- jest zupełnie inna niż to co do tej pory ćwiczyłam. Mniej asan, więcej rozciągania, ale intensywność podobna i całe ciało czuję podobnie, mimo że wydaje się dużo łatwiej i tak bardziej spokojnie. No i jest nieco więcej relaksu. Instruktorka jest typowo od jogi, a nie od fitnessu z elementami  jogi, dużo tłumaczy co, jak i dlaczego. Poprzednia joga też mi się podobała, nie powiem, że nie, ale jak widać różnorodność i zmiany są czasem potrzebne.

   No i właśnie dziś była mowa o czasie dla siebie- te 1,5 godziny ćwiczeń to czas na wsłuchanie się w siebie, swoje potrzeby, poznanie swojego ciała, jego reakcji, nauczenie się jak przezwyciężać ograniczenia. A potem relaks- najpierw nogi w górę i na ścianę, z wałkiem obciążającym stopy (kręgosłup przy tym rewelacyjnie się rozluźnia), kolejne 10 minut to tzw. "pozycja trupa"- savasana. Wałek pod kolana, totalne rozluźnienie, przykrycie kocem i 10 minut nieruchomego leżenia. W tle muzyka relaksująca, chyba jakieś hinduskie mantry(Ra Ma Da Sa Sa Say So Hung). Dotychczas muzyka relaksacyjna zazwyczaj mnie drażniła, nie lubiłam tego plumkania wody, szumu drzew i śpiewu ptaków. Tymczasem to akurat naprawdę mnie wyciszyło uspokoiło, odprężyło i na koniec relaksu byłam jak w innym świecie. Niestety trzeba było zaraz wrócić do rzeczywistości, ale te kilka minut całkowitego oderwania dało mi dużo dobrej energii.

   Wiem, może z pozycji naszej katolickiej religii nie powinnam zachwycać się jogą, bo już słyszałam opinie, że to sprowadza na manowce, że to dzieło szatana itp. Możliwe. Ale trudno. Nie traktuję jogi w kategoriach religii, a ćwiczeń, relaksu, oderwania na kilka chwil od problemów życia. Jeśli rzeczywiście nasz Bóg mnie za to potępi i nie dostąpię zbawienia- powtarzam- trudno. Widocznie nie dostąpiłam łaski i błądzę. Ale chyba raczej według mojego odczucia- mam do tego prawo. Poza tym mam dziwne przekonanie, że Bóg jest bardziej wyrozumiały niż niektórym się wydaje, a ludzkie nakazy, zakazy i przekonania są tylko ludzkie. I interpretacje Boskich przykazań też są raczej ludzkie, nawet jeśli głoszone ustami natchnionych i nieomylnych. 

  Jeśli tylko uda mi się tak zorganizować czas, to będę wykradała te kilka godzin w tygodniu dla siebie. Są mi potrzebne. Musze czasem wyłączyć telefon, wyłączyć myślenie o cukrzycy, poczuć się wolna i być tylko dla siebie, a nie zastanawiać się co dać na kolację,jak rozplanować bolusy i ile cukru będzie za chwilę. Skoro przytrafiła nam się cukrzyca, choć wcale o nią nie prosiłam, to mam prawo do takiego odreagowania, jakie mi pasuje, prawda? 

wtorek, 10 października 2017, aga-joz

Polecane wpisy

Komentarze
2017/10/10 23:07:23
Brawo Ty! Super decyzja z tą jogą.
-
2017/10/11 07:26:28
Kiedyś ćwiczyłam jogę, pare innych tzw. wschodnich wynalazków też, np. rebirthing. Chyba do dzisiaj mam pewne nawyki czy umiejętności pozostałe po tym, np. rozluźnianie ciała, kwadrans odmierzany bez patrzenia na zegarek... Same asany dobrze służą rozciąganiu ciała, budowaniu elastyczności. Natomiast umiejętność medytacji występuje w wielu religiach, w katolickiej też.
-
2017/10/13 19:58:06
Świetny pomysł z ta jogą.
Dodatki na bloga