Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Dziś jestem szczęśliwa

   A co, wolno mi. Jestem szczęśliwa, nawet jeśli tylko przez chwilę to będzie trwało, to cieszę się i dobrze mi z tym. Zwłaszcza w perspektywie ostatnich dni, kiedy wszystko przygniatało i dołowało. Wiem, że to może dla niektórych być niemiłe, kiedy obnoszę się ze swoim zadowoleniem, ale tak mało tych fajnych chwil jest w życiu, że po prostu muszę.

  Szczęście numer 1- wyjątkowo spokojny dzień w pracy. Nie to, że się obijałam, bo jak zwykle było co robić, ale przynajmniej w normalnym tempie, nawet nadrobiłam jedną malutką zaległość. Na razie odsuwam myśli o całej stercie innych, nabierających mocy urzędowej. Z braku czasu gromadzi mi się tego  trochę, mało ważne, ale jednak kiedyś trzeba będzie to zrobić. Kiedyś, na szczęście bez określonego terminu, raczej dla własnej satysfakcji i z umiłowania porządku, a nie bezwzględnej konieczności. Bo nie lubię mieć niepozałatwianych ostatecznie spraw. Nawet jeśli by się okazało, że uda mi się je dokończyć po wielu latach, to będę się cieszyć. Bo tak naprawdę to tylko dla siebie i nikomu innemu niepotrzebne.

   Szczęście numer 2- spokojna, rzeczowa rozmowa z szefową. Bez jakiś rewelacji, ale może coś drgnie. Już za kilka dni jednak będzie ktoś do pracy, jeszcze nie znam wszystkich szczegółów, jak będą dograne, to się dowiemy, żeby nie było jak ostatnio. Dowiedziałam się tylko, że ma to być chłopak w trakcie specjalizacji. Oby się nie rozmyślił. No i szefowa wspomniała, że szykuje nam małą podwyżkę. Miło z jej strony. Ale z drugiej strony- na przełomie października i listopada bierze 2 lub 3 tygodnie urlopu, bo jest bardzo zmęczona i musi odpocząć, ma zamiar wyjechać do Azji. Super- dzięki temu będę miała 2 razy więcej roboty... Trudno, może i mnie kiedyś uda się odpocząć.

   Szczęście numer 3- powoli oswajam się z myślą o rezygnacji z dyżurowania. Za stara już jestem na takie rozrywki. Pora zacząć spędzać noce we własnym łóżku. Wiele osób będzie z tej mojej decyzji niezadowolonych, ale już postanowiłam. Jutro ma być spotkanie z dyrekcją w sprawie szykujących się od 1.10 zmian, zobaczymy czego się dowiem, ale mam zamiar dociągnąć do końca roku, może ewentualnie do czerwca, ale nie dłużej. Nie zarzekam się, że to definitywnie koniec. Jeśli będzie jakaś podbramkowa sytuacja i nie będzie to kolidowało z moim życiem, to może się zgodzę, ale na pewno nie za często. Po tylu latach naprawdę dość. Trudno, kasy będzie mniej, ale za to czasu i spokoju więcej. A to ważniejsze.

  Szczęście numer 4- nieco ostatecznie zmącone, ale nie wymagajmy za wiele. Tym bardziej, że chodzi o cukrzycę, a z nią wiadomo, ciężko o dobre chwile. Wczoraj w nocy cukier znów zaczął rosnąć, ale wystarczyła 1 korekta. W ciągu dnia było idealnie, ani za nisko, ani za wysoko. Nawet mimo pizzy w szkole, gdzie insulina w sumie była podana na oko. A pizzę zafundowała dzieciakom w nagrodę wychowawczyni. Dziś klasa Filipa organizowała bufet. To taka szkolna tradycja, każdy coś przynosi- desery, ciasta, tosty, owoce, napoje, potem na przerwach to sprzedają, a zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczają na różne cele. Tym razem był cel charytatywny. Mama jednej z byłych uczennic szkoły jest ciężko chora, porusza się już tylko na wózku, a ma nieprzystosowane mieszkanie. Dzieciaki przeznaczyły zarobione pieniądze na pomoc dla tej pani. Dobre cukry zakończyły się wieczorem, kiedy przyszła pora zmiany wkłucia. Nie lubi Filip tego momentu, oj nie lubi. Jest bardzo wrażliwy na ból, zawsze musi trochę pojęczeć, ale czasem boli bardziej i wtedy jest wielka złość i lament. Bo zazwyczaj oznacza to szybką kolejną wymianę z powodu rosnącego cukru. I tak było dziś. Cukier poszybował w górę, Filip zbuntowany, nie chciał czekać, żeby się przekonać, czy może jednak wkłucie ruszy. Cóż, jego choroba, jego ból, jego decyzja. Ale i mnie się chce wtedy płakać, choć muszę być spokojna i opanowana. I tak dobrze, że to jest kłucie raz na kilka dni, a nie 5-6 razy dziennie, jak to było na penach. Wtedy to dopiero odchodziły histerie. Na teraz cukier przed snem 233, po korekcie 198 i powoli spada.

  Szczęście numer 5- w końcu udało mi się pojechać do sąsiedniego miasta na jogę. Nie myślcie sobie, że to było takie proste, ot, wsiadła i pojechała. Normalnie to tak, bywa proste, ale dla kogoś z tak patologiczną nieśmiałością jak ja, to wyczyn godny medalu. Na zewnątrz twarda, opanowana i silna osoba, a w środku kupka nieszczęścia i kłębek poszarpanych nerwów. Bo decyzja to jedno, ale jej realizacja to drugie. Trzeba się jakoś skontaktować czyli zadzwonić lub napisać do zupełnie nieznanej osoby. A jeśli nie odbierze, bo zrobię to nie w porę? I ile razy mam próbować? A jeśli nie będzie miejsc- na ile mogę prosić i błagać? A jeśli okaże się, że moje dotychczasowe ćwiczenia jogi są nic nie warte, bo wszystko robiłam źle? No dobrze, pojadę- nikogo tam nie znam, głupio tak- u nas znało się współćwiczących przynajmniej z widzenia lub słyszenia, w końcu to małe miasteczko. A jeśli tam będą same smukłe i wysportowane osoby, gdzież mnie do nich? I można by tak dalej wyliczać. Każde "jeśli" urasta do rangi problemu międzygalaktycznego,a jednocześnie wiem doskonale, że to po prostu bzdurne wymyślanie. Tylko jak siebie przekonać? Ale w końcu się zmobilizowałam, załatwiłam sprawę sms-em. Trafiłam na grupę początkującą (choć to tylko z nazwy, bo są tam osoby, które trochę już ćwiczyły), to była dobra decyzja. Zajęcia i ćwiczenia zupełnie inne, niż miałam dotychczas, ale wiadomo, każda instruktorka ma swój styl. Na pewno mniej klasycznych asan, ale te co były- wcale nie ustępowały intensywnością i koniecznością włożenia w nie wysiłku. Choć było dużo spokojniej. Odpowiada mi to, jak na mój brak kondycji w sam raz. Instruktorka sympatyczna, trochę się dziwiła, że chce mi się jeździć te 35 kilometrów, ale cóż ja poradzę, że to daje mi chwilę szczęścia? Endorfiny wręcz buzują po takiej sesji. Nie wiem czy uda mi się jeździć 2 razy w tygodniu, ale spróbuję. Naprawdę jestem szczęśliwa- nie tylko z powodu solidnego bólu każdej kosteczki i mięśnia, ale też dlatego, że udało mi się pokonać kilka niepotrzebnych strachów. Tak, wiem doskonale, że to beznadziejne, mam tyle lat, że wręcz nie wypada tak się zachowywać. Wiem, że trudno byłoby komuś z boku uwierzyć, że tak mam. Dobrze się kryję, nieczęsto o tym mówię, ale niestety tak jest. 

  A życie trwa, toczy się dalej mimo moich niepokojów i lęków. Jutro też będzie dzień. Nie wiem, czy tak samo szczęśliwy jak dziś, ale będzie. Dziś idę spać pijana szczęście. I życzę takiego spokojnego szczęścia wszystkim. Naprawdę.

czwartek, 28 września 2017, aga-joz

Polecane wpisy

Komentarze
2017/09/29 10:45:53
Aga, jestem pod wrażeniem. Cieszę się Twoim szczęściem. Na taki wpis czekałam :-)
Tylko mała uwaga - zamiast słów "kupka nieszczęścia", "patologiczna nieśmiałość" albo "beznadziejne" użyłabym słów "nadwrażliwa", "delikatna i subtelna", "niepoprawna perfekcjonistka", itp.
To, co o sobie myślimy, staje się rzeczywistością, a tym bardziej to, co o sobie piszemy. ;-)
No i z tytułu tego wpisu wyrzuciłabym słowo "dziś". Po prostu "Jestem szczęśliwa" :-)
Pozdrawiam. I.