Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
Blog > Komentarze do wpisu

Mija leniwa niedziela

  Tfu, co ja mówię/piszę? Jaka znowu niedziela? Przecież dziś wtorek. Tyle tylko, że skoro dzień wolny, byliśmy w kościele, to jak najbardziej czujemy się niedzielnie. W sumie to miło mieć taki dodatkowy wolny dzień. 

  Nie całkiem wyszło mi dziś wszystko tak jak zaplanowałam, bo od wczorajszego wieczoru choruje Mati. Właściwie nie wiadomo co mu jest. Temperatura w porywach do 39,8 stopni, boli głowa- ale to może być z temperatury, nic więcej. Wcześniej przez kilka dni po śniadaniu pobolewał brzuch, ale tylko po śniadaniu i niezbyt długo, przechodziło samoistnie. Już nawet zakupiłam tabletki na robaki i miałam mu podać, a tu wyskoczyła ta gorączka. Na słońcu nie był, lodów nie jadł, żaden kleszcz chyba go nie ugryzł. Póki co- czekamy. Mati przeleżał cały dzień w łóżku, pod grubą kołdrą i kocem, w ciepłych dresach i trząsł się z zimna na zmianę z poceniem. Spał, pił, jak po lekach trochę spadała temperatura to jadł i tyle jego aktywności. A chciałam wybrać się dziś z chłopakami do tężni- mamy takie miejsce w sumie niedaleko od nas, 70 km. Jeszcze nigdy tam nie byliśmy, a spodobała mi się tężnia w Wieliczce. Plus miało być jeszcze trochę wycieczki krajoznawczej. I nic z tego nie wyszło, trudno.

  Z powodu zmiany planów poszalałam trochę w kuchni- wielki garnek leczo z pieczarkami i mnóstwem pachnących przypraw. Przepyszne, połowy już nie ma, każdy kto wchodzi do kuchni sięga łyżką i próbuje czy nadal dobre, a ponieważ na zimno też smakuje, to jeszcze jedną łyżkę... Miałam nie gotować obiadu, bo z poprzednich dni zostało trochę różnych mięs, ale stwierdziłam, że może przy święcie chłopaki zjedzą coś świeżego. Padło na pieczone mięso z udka kurczaka, nafaszerowane papryką, porem i pieczarkami, do tego również pieczone ziemniaki w ziołach. Ze względu na absolutny brak czasu i chęci, na ogół nie gotuję tak wymyślnych dań. Najczęściej hurtowo, raz lub dwa w tygodniu- góra kotletów mielonych i schabowych, pulpety i odgrzewanie, raz w tygodniu jakiś makaron z sosem, czasem kurczak pieczony. W przypływie fantazji bywają inne dania, ale niestety jadamy obiady dość monotonne. Staram się urozmaicać kolacje, ale też bez wielkich szaleństw, zwłaszcza czasochłonnych. Dlatego z przeogromnym niepokojem czekam na wyniki badań Filipa w kierunku celiakii. Udało się nam wczoraj pobrać krew, niestety musimy na wyniki poczekać nawet do 3 tygodni. Jeśli wyjdzie celiakia- będę bardzo zrozpaczona. To wywróci do góry nogami wszystko.

  Ale może nie ma co się martwić na zapas? Może wyniki będą dobre? Miło by było, ale niestety celiakia, choroba Hashimoto i parę innych chorób autoimmunologicznych często współistnieją w pakiecie z cukrzycą. Wredna jest ta cukrzyca, nieprzewidywalna, trudna do opanowania. A może to tylko ja nie umiem sobie z nią poradzić, nie umiem pogodzić się z tymi wszystkimi huśtawkami cukru? Czasem ręce opadają i sił brakuje, czasem jest super i wtedy euforia pomieszana ze strachem- bo jak się zepsuje to z wielkim hukiem. Już nieraz tak było. Staram się, wyliczam wszystko dokładnie, kombinuję, zmieniam bazę, przeliczniki. I jest dzień dobrze, a potem znów coś się psuje. To zmiana pogody, to coś boli, to więcej ruchu, to chęć na coś ze smakołyków i tak w kółko mam zawirowania. A chciałabym spokoju i stabilności. Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek uda mi się ją osiągnąć, a już na pewno nie teraz, kiedy Filip wchodzi w wiek dojrzewania i zaczynają szaleć hormony.

  Żeby nie było tak smutno- wykorzystując dzień wolny, wybrałam się w końcu do kina na "Kedi". Jak się okazało, rzutem na taśmę, dziś był w naszym kinie ostatni dzień. Oczywiście wyszłam zauroczona. Niesamowity film, fantastyczne koty, poruszające obrazki ludzi tak bardzo związanych z kotami. W kinie było więcej miłośników kotów, bo po wyjściu słyszałam podobne opinie. 

  Poza tym powoli szykuję się do wyjazdu nad morze. Znów muszę zrobić długą listę rzeczy do wzięcia. Pakowanie przed wyjazdem to chyba najgorsza część urlopu. Tym bardziej u nas, kiedy to trzeba wziąć mnóstwo dodatkowych rzeczy i bardzo pilnować się, żeby czegoś nie zapomnieć, bo może być duży kłopot. Ot, choćby głupia waga- można bez niej przeżyć, ale dość kłopotliwe byłoby przygotowywanie posiłków. Zapas insuliny, wkłuć, pasków, dodatkowy glukometr, glukagon, coś na dosłodzenie, peny, sensor, gaziki, baterie i mnóstwo innych dupereli. Wychodzi spore pudło. Niby to tylko tydzień, ale kto wie, co może się wydarzyć? Wolałabym nie zakończyć wyjazdu szpitalem w obcym mieście. W końcu to ma być wypoczynek i relaks... 

wtorek, 15 sierpnia 2017, aga-joz

Polecane wpisy

Dodatki na bloga