Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
Blog > Komentarze do wpisu

Kruchość życia

   Czytując kryminały, siłą rzeczy spotykam się w nich ze śmiercią. Czasem ginie ktoś przypadkowy, bo znalazł się w niewłaściwym miejscu i czasie, czasem ta śmierć się należy i trudno wzbudzić w sobie współczucie. W moim życiu zawodowym też bywa, że muszę obcować ze śmiercią, najczęściej z tak zwanych przyczyn naturalnych. Ktoś choruje, umiera- taka kolej życia. Czasem chorują i umierają młode osoby, czasem umierają bez chorowania, niespodziewanie. A bywa też tak, że osoba choruje, wydawałoby się, że ma dość życia, a jednak trzyma się go bardzo kurczowo, ale skutecznie, bo tak chce. A potem umiera z powodu jakiegoś banalnego przypadku i w sumie nie w porę.

    Dziś właśnie byłam na pogrzebie takich osób. Dwóch osób, małżeństwa. Pani- schorowana, po 2 chorobach nowotworowych, z których jakoś się wygrzebała i mimo wielu niedogodności cieszyła się życiem. Wcale nie miała zamiaru umierać. Życie osobiste też miała nielekkie, mąż zdradzał, nie był dla niej najlepszy, choć rękoczynów nigdy nie było. Ale w chorobach opiekował się nią i jakoś ze sobą trwali. Tydzień temu po mieście gruchnęła plotka, że znaleziono ciała 2 osób. To byli właśnie oni. Co się wydarzyło- do końca nikt na pewno nie wie, sporo jest w sferze domysłów, ale wg policji pan pomógł pani w zejściu z tego świata, potem sam targnął się na swoje życie. Dla rodziny niewyobrażalna tragedia i szok. I mnóstwo trudnych decyzji, choćby ta, że nie zostali pochowani razem, bo pani za życia takie wyraziła życzenie. No i te wszystkie plotki, domysły, szum wokół tej śmierci. Na mszy pogrzebowej ksiądz w bardzo rozsądny i stonowany sposób zwrócił uwagę, że tylko Bóg wie, jak było naprawdę i nie ma co bawić się w domysły, teraz pozostała tylko modlitwa za nich.

  Kiedy tak patrzyło się na te dwie trumny w kościele, to aż ciarki przechodziły. Wiadomo, każdy umrzeć musi, choć czasem trudno sobie wyobrazić, że może to nastąpić w każdej chwili. Ot, dziś sobie siedzę wygodnie w fotelu, piszę na blogu, a jutro już mnie nie ma. I to ma być koniec?  A co dalej? W takim momencie nachodzą mnie też myśli, czy przygotowałam rodzinę na moją nieobecność, czy poradzą sobie beze mnie, w razie gdyby? I dochodzę do wniosku, że chyba nie. Owszem, chłopaki umieją o siebie zadbać, posprzątają, przygotują sobie coś do zjedzenia, potrafią być sami przez dzień czy dwa, ale chodzi też o długoterminową organizację życia. Szkoła, finanse, rozwój i mnóstwo innych aspektów. Takie myśli nachodzą mnie wielokrotnie i ciągle obiecuję sobie, że w końcu się za to wezmę. Nauczę co, gdzie i jak. Pokażę jak układać sobie życie. A potem znów wypada coś ważniejszego. Ale czy jest coś ważniejszego? Smutno mi się wieczorem zrobiło...

  Nie chciałabym odchodzić z tego świata nie załatwiwszy najpierw spraw najważniejszych. Przypomina mi się moja ciocia, która kilka lat temu w Wigilię dostała zawału. Wyglądało, że się z tego wygrzebie, w pierwszy dzień Świąt byłam u niej z mamą w szpitalu, pełna optymizmu, opowiadała o swoich planach, chciała uporządkować sprawy majątkowe, żeby dzieci nie kłóciły się po jej śmierci o schedę i zawał uświadomił jej, że pora na to. Zmarła kolejnego dnia, nie zdążyła, mimo dobrych prognoz. A czwórka jej dzieci do dziś nie może się pogodzić między sobą z podziałami majątku, mimo że wcześniej była to kochająca się i zgrana, zgodna rodzina.

  No i banał- "śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Tak, tak, ileż razy odkładamy powiedzenie ważnych słów naszym bliskim. Bo zdążymy, bo oni wiedzą, bo co to za sentymenty. Nieprawda, nie ma czasu. Trzeba mówić i okazywać tę miłość na bieżąco. Bo oni owszem, może i wiedzą, ale chcą też widzieć i słyszeć. Czasem w zalewie wydarzeń, w życiowej pogoni nie wiadomo za czym, umknie drobny fakt, że znów powiedziałam- daj mi spokój, nie mam czasu, później, nie teraz, nie zawracaj głowy. A potem, w nagłej pustce,  przychodzi refleksja- za czym goniłam? Co było takie ważne? Już nie pamiętam, a stracona chwila minęła i nie wróci. Nie da się cofnąć czasu i naprawić tych błędów, trzeba starać się tu i teraz żyć tak, żeby potem nie żałować. Nie przeleżeć życia na kanapie, przed telewizorem, oganiając się od innych. Dlatego między innymi postanowiłam zabrać moich rodziców na wakacyjny wyjazd nad morze. Łatwo nie będzie, bo na odległość można wiele spraw zignorować, nie przejmować się i nie zwracać uwagi. Kiedy będziemy przez tydzień razem, może się zdarzyć wiele niekomfortowych sytuacji, bo charaktery mamy różne, mnóstwo własnych przyzwyczajeń i widzimisię, ale mam nadzieję, że uda nam się miło spędzić czas. Że odpoczniemy, nasycimy się swoją obecnością, że uda mi się podziękować moim rodzicom za wiele rzeczy. Bo mam za co dziękować, zwłaszcza za ich wsparcie i gotowość do pomocy, choć na co dzień są dość daleko ode mnie. Mam nadzieję, że uda mi się pokazać jak bardzo są dla mnie ważni. A dzięki temu i moi chłopcy się czegoś nauczą.

piątek, 04 sierpnia 2017, aga-joz

Polecane wpisy

Komentarze
2017/08/04 21:05:41
W takich okolicznościach zawsze nachodzą nas myśli o przemijaniu. Tydzień temu był pogrzeb mojego młodego sąsiada, który targnął się na życie. Czy można było mu pomóc ? Jak bardzo musiało go to życie boleć?
-
2017/08/05 06:49:47
Często myślę o śmierci. Teraz głównie w kontekście mojego dziecka. Boję się że mnie zabraknie,że zachoruję na raka i zostawię go takiego malutkiego.
To mnie przeraża.
-
2017/08/08 10:49:25
Aga, gratuluję pomysłu z wyjazdem rodzinnym nad morze, domyślam się, że to dla Ciebie ogromny wysiłek i wyzwanie, ale cel szczytny... "śpieszmy się kochać.... Nigdy nie wiemy, ile dni nam jeszcze zostało na bycie razem. Pozdrawiam. I.
Dodatki na bloga