Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
Blog > Komentarze do wpisu

Wiedzą lepiej i są lepsi

    Jakiś dołek psychiczno- wartościowy mi się przydarzył. Bo życie bywa czasem dość przytłaczające, a ja nadwrażliwa i z zaniżonym poczuciem własnej wartości. Zdarzają się dni, kiedy to nie wiadomo dlaczego, moje poczucie pewności siebie i własnej wartości leci na łeb, na szyję, co najmniej do poziomu -10 i mimo że nie ma powodu, to nie mogę wbić w ten swój zakuty łeb, że tylko sobie wymyślam i tak naprawdę to moje urojenia. No urojenia, ale co ja poradzę? Może słońce nie tak świeci, może jakaś inna przyczyna? A może mam tylko chorą wyobraźnię? Nie przyznaję się na głos do tych myśli, ale czasem tak mi już to obrzydnie, że muszę z siebie gdzieś wyrzucić nadmiar frustracji. A tu chyba mogę, bo to moje miejsce i mogę tu robić co mi się podoba.

 Zaczęło się tak naprawdę od błahostki. Siostra 2 miesiące temu urodziła drugą córeczkę. Maleństwo jak to dziecię w tym wieku ma swoje dolegliwości, głównie kolkowe. Siostra jakoś sobie radzi, jeśli ma problem i chce mojej porady, to dzwoni. Tymczasem już kilkakrotnie miałam telefony od mamy- za każdym razem zapłakany głos i na wstępie słyszę "z Małgosią jest niedobrze"- ja w strachu, że coś złego się stało, a po prostu babcia nie może znieść płaczu wnuczki. Tłumaczę, przekonuję, że siostra nie krzywdzi dziecka, jeśli trzeba to pójdzie do lekarza, ja też doradzam, a za kilka dni znów to samo. Ostatnio mama była tak przejęta i zapłakana, że naprawdę się wystraszyłam, a okazało się, że mała ma chrypkę od płaczu albo od refluksu. Trudno, tak maja babcie, rozumiem i wybaczam, ale współczuję siostrze. I mama, i teściowa siostry nie dają jej odpocząć, niby pomagają, a tak naprawdę męczą nadmiarem dobrych rad. Wiem, że ta pomoc najbliższych jest potrzebna, ale naprawdę nie muszą siedzieć im na głowie całymi dniami i panikować o każde głupstwo. Pamiętam z czasów niemowlęctwa Filipa- przez pierwsze pół roku wył po nocach- zaczynał o 22, kończył 3-4 nad ranem. Wypróbowywałam wszystkie sposoby- w końcu znam się na tym, ale nic nie działało. I nie było nikogo do pomocy. Po nieprzespanej nocy leciałam do pracy. Wspominałam rodzinie, że mi ciężko, że nie śpię, ale nie czułam wsparcia z żadnej strony. Przy jednej z rozmów z mamą użyłam tego argumentu, że też tak miałam i w końcu na szczęście minęło, ale znów wyszło, że jestem bez serca- bo ja się znam i wiedziałam przecież, że to nic takiego, a oni się martwią. Trochę mnie to ukłuło. Poza tym pamiętam też, jak Mati miał 3 miesiące, musiałam wrócić do pracy na 3-4 godziny. Teściowa zaofiarowała się, że pomoże w pilnowaniu- akurat była na zwolnieniu po operacji guzka w piersi. Miałam obiekcje, czy da radę, ale czuła się dobrze, zwolnienie ciągnęła tylko dlatego, że mogła, bo nie chciała wracać do pracy. Po miesiącu zostałam zbesztana przez moją mamę, że może lepiej byłoby nie nadużywać teściowej, może jej za ciężko. Znalazłam nianię i tyle. A teraz mama z ogromnymi dokuczającymi zwyrodnieniami kręgosłupa, czasem ledwie chodząca z bólu, pilnuje po kolei dzieci u moich sióstr, a i do brata też jeździła po 40 km, bo im trzeba pomóc. A ja to co? Poczułam się mocno gorsza...

   Ostatnio rozmawiałam też z teściową, ot taka zwykła rozmowa, co słychać, jak leci. Chciała zaprosić nas na obiad i była kwestia, którego dnia nam pasuje. Żeby też i jej pasowało, zaczęłam wymieniać jakie mamy plany na najbliższe dni. Sobotę mam wolną, więc mimochodem powiedziałam, że muszę w końcu nadgonić wszystkie zaległości, posprzątać, może nawet okna umyć, bo koty znów wybrudziły szyby, a po pyleniu sosny wszystko jest przykurzone. Co usłyszałam? "A co ty opowiadasz, u ciebie zawsze jest czysto, daj sobie spokój i nie sprzątaj." Nie no, aż mnie lekko zagotowało w środku. Teściowa bywa u nas 2-3 razy w roku, a mimo to wie lepiej, że u nas jest czysto. Mam 2 koty i ciemną podłogę, kłaki fruwają, kocie nosy i łapki odbite na oknach w całym domu, poza tym ostatnie w miarę konkretne sprzątnie było może z miesiąc temu, a ona i tak wie lepiej, co powinnam, a czego nie. Dlaczego mam się dostosowywać do jej wyobrażeń i jej przekonań? Zaprzecza z grzeczności? Tym bardziej tego nie potrzebuję. Nawet gdybym miała w domu sterylnie czysto i chciała jeszcze raz posprzątać, to tylko i wyłącznie moja sprawa. 

  No i wczoraj- szefowa obchodziła swoje 50 urodziny. Zaprosiła całą załogę na kolację do miłej knajpki. Było nas koło 20 osób. Fajnie spędzony czas, rozmowy, wspominanie, śmiechy, dobre jedzenie... Ale mimo wszystko jakoś nie do końca czułam się dobrze. Mąż szefowej to bardzo wygadany, przebojowy i wszystko- wiedzący- najlepiej człowiek. Bardzo sympatyczny, złego słowa nie można powiedzieć, ale jednak dominował nad całym towarzystwem. A ja siedziałam cichutko, żeby nie wyrwać się z jakimś tematem, bo zaraz by się okazało, że jednak to on jest specjalistą w tej dziedzinie, a moje poczucie wartości znów zmaleje do poziomu poniżej 0. Nie umiem bronić własnego zdania , wolę ustąpić, niż na siłę przekonywać, że mam rację, nawet jeśli ją rzeczywiście mam. Kiepska taka postawa, ale moja nieśmiałość nie daje mi tego zmienić. I nie lubię być w centrum uwagi, wolę siedzieć w kącie, obserwować, słuchać i wyciągać wnioski. Choć właśnie przez to mam zbyt niskie poczucie własnej wartości. Mimo że tak naprawdę wiem, że powinno być ono dużo, dużo wyższe. Kłania się praca z psychologiem, ale nie umiałabym się chyba otworzyć przed kimś twarzą w twarz. Tu mogę, bo tak naprawdę piszę to tylko dla siebie, może kilka osób przeczyta, ale za dzień czy dwa nikogo już to nie będzie obchodziło. I nawet jeśli ktoś będzie wiedział, co jest dla mnie lepsze, jeśli poudziela mi dobrych rad, to nie znając mnie dogłębnie, tak naprawdę nie dotknie mnie gdzieś tam głęboko, tak jak to się dzieje, kiedy robią to moi bliscy...

  A na koniec cytat z ostatnio przeczytanej książki. Tylko cytat na podsumowanie, bo o samej książce napisze innym razem. " Nie ma złych wyborów. Są tylko twoje i cudze. Jeśli jest ci dobrze z twoim wyborem, żyj tak dalej". Wiem, że tak powinno być, że według tego powinnam żyć. tylko jak to zrobić, skoro inni wiedzą lepiej i są we wszystkim ode mnie lepsi?

czwartek, 08 czerwca 2017, aga-joz
Tagi: ja rodzina życie

Polecane wpisy

  • Prawie urlop

    Już liczę godziny, kiedy to odłożę na bok wszystkie sprawy i zacznę niczym nie skrępowany odpoczynek. Miałam zacząć to robić jutro o 18, bo tak wypadało z grafi

  • Kruchość życia

    Czytując kryminały, siłą rzeczy spotykam się w nich ze śmiercią. Czasem ginie ktoś przypadkowy, bo znalazł się w niewłaściwym miejscu i czasie, czasem ta śmierć

  • Za dużo

    Oj i to bardzo za dużo. Aż nie wiem od czego zacząć. Może więc po kolei. Rano wyjazd na kontrolną wizytę u diabetologa. Filip nie lubi tych wyjazdów, bo na ogół

  • Imprezy taty

    Dorzucę dziś jedną historyjkę o moim niezwykle towarzyskim tacie :) Razu pewnego byłam z dzieckiem na rodzinnym obiedzie u mojego ojca. Zwierzył mi się, że dos

  • Weselnie

    W ostatni weekend bawiłyśmy się z Wiertką na weselu mojej siostry ciotecznej. Termin wypadł dość niefajnie dla mnie, bo mam teraz okres w życiu na przetrwanie

Komentarze
2017/06/08 22:59:14
Już dawno się przekonałam, że najbardziej zaleźć za skórę potrafi rodzinka;).
Tylko Ty czujesz się mniej wartościowa i mniej pewnie, inni tego nie dostrzegają, widocznie ta "niepewność" siedzi głęboko w Tobie. Na zewnątrz jesteś zapewne, kobietą, która wie, czego chce i w każdej sytuacji sobie poradzi. Dlatego bliscy nie proponowali pomocy.
Skąd taki wniosek?
Podobnie mnie oceniano, a wcale nie było tak, jak widzieli to inni.
-
Gość: nie-okrzesana, *.dynamic-zab-03.vectranet.pl
2017/06/09 08:02:54
Ja nie należę do nieśmiałych. Ale w sytuacjach towarzyskich też wycofuję się z "dyskusji" bo jestem zbyt leniwa, żeby dochodzić swoich racji. I świadomie oszczędzam emocje. Nauczyłam się już mówić krótko ale z przekonaniem : "Masz prawo mieć taką opinię ale to nie znaczy, że masz rację absolutną" I najbardziej wkurza to rozmówcę, że nie może zmierzyć się z moimi poglądami bo ja ich nie wyrażam.
Dodatki na bloga