Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Inny komfort pracy

  Zaskoczył mnie dzisiejszy dzień w pracy. Po tylu wolnych dniach myślałam, że nie pozbieram się z natłoku wszystkiego, a tu miła niespodzianka. Jak mam to wytłumaczyć? Nie chcę być złośliwa, ale kolega, który z nami pracuje wziął kilka dni wolnego. A szefowa po raz kolejny uprosiła o pomoc koleżankę, która już kiedyś u nas pracowała. Była w pracy przez 3 godziny, ale ulga odczuwalna. Czy nie mogłoby tak być zawsze? Kolega przecież też pracuje, nawet więcej godzin niż ona, ale jednak dało się zauważyć różnicę. Ciekawe, czy szefowa też to zauważyła i co zamierza dalej. Koleżanka kilka miesięcy temu zrezygnowała z pracy u nas, bo szefowa nie chciała zatrudnić jej na większą ilość godzin. Trudno mówić o etacie, bo pracujemy na tzw kontrakcie czyli własnej działalności, ile godzin przepracujemy, tyle zarobimy. Ona u nas "dorabiała", dopóki nie skończyła specjalizacji, potem szukała czegoś na stałe. Znalazła, bo akurat z tym nie ma problemu, a my zostaliśmy bez dodatkowej pary rąk. Pożegnanie nie było zbyt przyjemne, ale mam nadzieję, że szefowa poszła po rozum do głowy i spróbuje jakoś zachęcić koleżankę do powrotu do nas. Dobrze i solidnie pracuje, jest lubiana, naprawdę skorzystalibyśmy wszyscy.

   Jakiś czas temu pisałam o niezbyt miłej sytuacji w pracy, dość ogólnikowo, bo wtedy emocje tak mnie opanowały, że nie dałam rady na spokojnie o tym mówić i pisać, teraz się nieco uspokoiło, opadły te złe emocje i mogę już bez nerwów poopowiadać. Poszło o to, że po kolejnym dniu, kiedy to dziewczyny w rejestracji dołożyły mi dodatkowej pracy, poprosiłam je, żeby zapisywały grafik nieco rozsądniej, a na jedną z godzin nie dopisywały nikogo dodatkowego, bo nie daję rady. Wspomniałam też, że jeśli u kogoś innego jest wolne miejsce, to nie chcę słyszeć o żadnym pilnym przyjęciu. Następnego dnia wpadła do mnie szefowa z grobową miną i stwierdziła, że musimy poważnie porozmawiać. Bo dziewczyny skarżą się, że na nie krzyczę. Aż mnie zagotowało w środku! Naprawdę wiele można mi zarzucić, ale nigdy- przenigdy nie podnoszę głosu, a swoje prośby wyraziłam spokojnie, choć dość stanowczo. Powiedziałam to szefowej, ale niestety trafiło to jak grochem o ścianę. Usłyszałam jak to dobrze do tej pory się nam pracowało razem i tak powinno pozostać. Że kolega tak naprawdę pracuje najwięcej z nas wszystkich- owszem ilościowo może i tak, ale jakościowo- sporo to pozostawia do życzenia. Wielokrotnie szefowa zwracała uwagę na dokładniejsze prowadzenie dokumentacji, ogólnie do wszystkich, ale tak naprawdę to było do kolegi. Poza tym wielokrotnie były sytuacje, kiedy to on nie rozumiał lub nie wiedział jak coś zrobić i trzeba było poprawiać. I jeszcze wiele innych uwag, z którymi nie mogłam się zgodzić. Odczułam to tak, jakbym oberwała za kiepską organizację pracy. Zabolało mocno. Powiedziałam szefowej co o tym myślę, ale ostatecznie wyszło, że kolega ma inną wrażliwość, bo to facet, na dodatek obcokrajowiec i mamy się z nim obchodzić jak z jajkiem.  A ja się pytam- dlaczego? To ja mam zasuwać jak idiotka, bo on jest facet? A ja jestem kobieta, matka- polka, zmęczona i niedospana, z chorym dzieckiem, ale jakoś nie wysuwam tego argumentu i nie żądam przywilejów. 

   Te 18 lat temu, kiedy decydowałam się porzucić pracę etatową, iść w niepewne miejsce, tworzyć wszystko od podstaw, nie myślałam, że któregoś dnia usłyszę w podziękowaniu takie słowa. Ta praca to jak moje dziecko, byłam tu od początku, zaangażowana maksymalnie, cały swój czas i siły oddawałam bez słowa sprzeciwu. Bo uważałam, że tak trzeba, że to nie tylko praca, ale i powołanie. Zgadzałam się na wiele ograniczeń, nigdy nie żądałam podwyżki, mimo że mogłam znaleźć coś lepiej płatnego. Ufałam szefowej, wierzyłam, że ona ufa mnie- wielokrotnie podczas jej nieobecności (urlopy za granicą) podpisywałam z upoważnienia ważne dokumenty. Tym bardziej przykro mi się zrobiło. Kilkakrotnie chodziły po mieście plotki, że zmieniam miejsce pracy- miałam propozycje, ale zawsze uczciwie mówiłam szefowej, jak się sprawy mają i że nie zamierzam z tych propozycji skorzystać. Czuje się związana z tym miejscem i ludźmi i naprawdę nie chcę tego zmieniać. Znalazłam swój kawałek świata i chcę w nim zostać z pełną świadomością jego braków, niedostatków i ograniczeń. Ale- do licha- chciałabym też, żeby moje zaangażowanie było docenione i moja praca była szanowana. To nie jest dokręcanie śrubek w fabryce, im więcej tym lepiej. Nie mogę pracować na akord. W początkach pracy mieliśmy ustalone wizyty co 15 minut, mniej więcej wystarczało czasu. Z biegiem lat i napływem ludzi, ten czas skurczył się do 10 minut, a czasem i mniej. Uważam, że to brak szacunku dla osób, które do nas przychodzą. Co można zrobić w 10 minut? Owszem, niektórzy nie wymagają dłuższej wizyty, ale czasem potrzeba i 20-30 minut, a tu brakuje czasu. A bywa i tak, że wpadnie ktoś nie umówiony z czymś naprawdę pilnym i gdzie mam to upchnąć?

  Ja rozumiem, że tu nie ma dobrych i zadowalających wszystkich rozwiązań, bo choćbym pracowała bez przerwy, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku, to i tak wszystkim nie dogodzę. Taka specyfika pracy. Mimo to nie umiem się pogodzić z tymi zarzutami. Na gorąco miałam zamiar odczekać tydzień lub dwa i pójść do szefowej z informacją, że biorę 3 miesiące bezpłatnego urlopu w ramach powrotu do równowagi psychicznej.  W obu ciążach pracowałam do ostatniego momentu przed porodem, bez dnia zwolnienia. Po urodzeniu Mateusza wróciłam do pracy na pół etatu po niespełna 2 miesiącach. Po urodzeniu Filipa- już po 2 tygodniach, a na cały etat po 3 miesiącach. Kiedy Filip zachorował- musiałam wrócić jak najszybciej, mimo że ciężko mi było wszystko ogarnąć. Chodziłam do pracy ze skręconą kostką w stabilizatorze i z gipsem na prawej ręce. Po tych wszystkich przejściach plus obecne problemy z cukrzycą- wysiadam psychicznie i muszę odpocząć. Cóż- zarzuciłam na razie te plany, ale wrócę do nich wkrótce. Bo jeden spokojniejszy dzień nie oznacza, że za moment znów nie będzie ciężko. Nie wiem kiedy to zrobię, ale wiem że zrobię. Nawet gdybym musiała wziąć 10 dyżurów w miesiącu, żeby przetrwać finansowo. Niby podobna praca, może czasem nawet bardziej stresująca, ale na dyżurze to ja ustalam jak pracuję, personel słucha tego co mówię i stosuje się. Nie wykorzystuję tego bez potrzeby, po prostu wiem, na co mogę sobie pozwolić, żeby nie paść z przepracowania. A bywają naprawdę ciężkie dyżury..,

  No tak, pożaliłam się, wyrzuciłam z siebie całą gorycz i już mi lepiej. Tak jak już pisałam- nie zmienię tej pracy na inną, nie chcę i nie mogę. Ale muszę zmienić coś w organizacji pracy, żeby móc nadal chodzić do niej z chęcią i mieć satysfakcję z tego co robię. Bo to nie tylko praca, to spory kawałek mojego życia i mojego serca.

czwartek, 04 maja 2017, aga-joz

Polecane wpisy

Komentarze
2017/05/05 07:12:48
Przyznam, że nie rozumiem. Przecież zmiana miejsca to nie zmiana rodzaju pracy i strata powołania. Tam gdzieś też są pacjenci, wyrozumiałe szefostwo i lepsza pensja. Być może. Szefowa znając twój punkt widzenia wykorzystuje to. Mordujesz swoje powołanie. Może to tylko lęk przed zmianami? Jeśli ta,k zapewniam Cię. Kto, jak kto, ale ty dasz radę na pewno.