Codzienne i niecodzienne problemy mamy trójki chłopaków, aspirującej do bycia perfekcyjną
Blog > Komentarze do wpisu

Co się stało z naszą klasą?

  Jedna z moich ulubionych piosenek Jacka Kaczmarskiego, brzmi w  mojej głowie od kilku dni i nie zamierza przestać. Powoli dochodzę do normy po sobotniej imprezie. Jak było? Cudownie, niesamowicie, upojnie, ekscytująco...

   Na zjazd z okazji 70- lecia liceum zadeklarowało się ponad 1300 osób. I chyba tyle było, bo naprawdę wokół były tłumy. Oczywiście najpierw część oficjalna, przemówienia, podziękowania. Co było dość niezwykłe- odśpiewano 4 zwrotki hymnu, oczywiście pierwszą i drugą śpiewali wszyscy, trzecią znacznie mniej, a ostatnią mruczało parę osób. Już pod koniec przemówień nasza klasa zmyła się do pobliskiej kawiarni, gdzie oddaliśmy się plotkom, wspominkom, opowiadaniom o sobie, oglądaniu zdjęć. Część bankietowa, wieczorna- mnóstwo pysznego jedzenia, tańce, co chwila przytulanie, piski i niedowierzanie- "to naprawdę TY?!" Gdyby nie plakietki z nazwiskami to trudno byłoby się czasem rozpoznać. Zabawa trwała do białego rana.

   Moja klasa licealna to było 28 dziewczyn i 1 chłopak, który tak naprawdę w naszym towarzystwie czuł się chyba dziewczyną. Naprawdę fajnie się dogadywaliśmy. W pierwszej klasie był jeszcze jeden chłopak, ale nie wytrzymał naukowo i towarzysko. Uczył się kiepsko, a jak na koniec roku szkolnego się okazało-  próbował umówić się na randkę po kolei z każdą z dziewczyn z klasy i z żadną mu się nie udało. Byłyśmy klasą dość zgraną, owszem, bywały różne paczki, przyjaźnie, podziały, ale jednak trzymałyśmy się razem. Wychowawczyni była ostra i większość z nas za nią nie tęskni, aczkolwiek nauczyła nas sporo. Do końca życia będę wspominała ferie zimowe w pierwszej klasie, kiedy to przez 2 tygodnie rozwiązywałam zadania z chemii- ponad połowa zbioru zadań. Akurat z chemią nie miałam wielkiego problemu, ale części dziewczyn wychowawczyni nieźle zatruła życie. Na akademię medyczną z mojej klasy zdawało 11 osób- obecnie jedna jest farmaceutką, jedna stomatologiem, reszta lekarzami. Są też 2 fizjoterapeutki i 4 nauczycielki. Kilka osób wyjechało za granicę i tam ułożyło sobie życie. Na zjazd dotarła połowa klasy. Z niektórymi dziewczynami nie widziałam się od czasu ukończenia liceum, nawet nie miałam pojęcia co u nich słychać. Teraz nadrobiłyśmy te braki.

  Najlepsze z tych upływających lat jest to, że w tej chwili są chyba najlepsze lata naszego życie. Wszystkie jak jeden mąż (żona?) wyglądałyśmy świetnie i tak się chyba czułyśmy. Na dodatek stwierdziłyśmy, że i mentalnie czujemy się dużo młodziej niż wynikałoby to z daty w dowodzie. Za nami już ten okres poukładania i uporządkowania, kiedy dbało się bardziej o to, co wypada, zaczynamy robić szalone rzeczy i dbać o swoje przyjemności (jak to z wielkim zdziwieniem zauważył byłymąż przed imprezą- wydałaś PIENIĄDZE na paznokcie? No wydałam, a co, chciałam dobrze wyglądać). U większości dzieci już odchowane, choć są też takie z maluchami poniżej 7 roku życia. Ustabilizowana sytuacja życiowa- znaczy jest kilka po rozwodzie, a reszta w szczęśliwych związkach. Praca dająca satysfakcję i spokój finansowy. Mocna pozycja towarzyska i społeczna. Czegóż chcieć więcej? Oczywiście jak wszędzie- każda z nas ma swoje problemy, żeby nie było tak bardzo różowo, ale radzimy sobie z nimi. I mogłoby tak trwać wiecznie...

   Nie dotarły niestety na ten zjazd moje najbliższe przyjaciółki z czasów szkolnych, żałuję, bo chciałam się z nimi spotkać, ale za to udało się odnowić kilka innych kontaktów. Tak że podsumowując- to był naprawdę udany czas. Już się umówiłyśmy na kolejne spotkanie w naszym klasowym gronie wczesną jesienią. A na dziś mam zadanie- może uda mi się odespać tę imprezę, bo było intensywnie i jeszcze dziś w pracy ziewałam, a po pracy nogi mi się plątały ze zmęczenia.

poniedziałek, 29 maja 2017, aga-joz

Polecane wpisy

Dodatki na bloga