Darmowy licznik odwiedzin
Blog > Komentarze do wpisu

Ależ ten czas pędzi!

   Nie mogę go dogonić. Siadam o 22 do komputera z myślą, że napiszę coś na blogu, w międzyczasie muszę zajrzeć tu czy tam, robi się północ albo i później- pora iść spać, a ja nic nie napisałam.  Nie to, żeby działo się coś spektakularnie ciekawego czy wyjątkowego, ale nawet dla siebie samej zanotować, żeby choć ślad pozostał, bo na zawodną pamięć ciężko liczyć. Kiedy to ja ostatnio tu pisałam? Chyba w piątek... A co było od piątku?

  Sobota zabiegana jak zwykle, choć z zajęciami dość niezwykłymi. Filip z kolegami mieli nakręcić reklamę "Wyspy Robinsona". Według nich wyglądało to dość skromnie- kilka zdań i to wszystko. Powolutku, po moich podpowiedziach napisali fajny, żartobliwy scenariusz, zrobili kilka prób, potem to odegrali, a ja ich filmowałam. Spora część dnia zleciała. Kuba niestety po raz kolejny nie zdał egzaminu na prawo jazdy, na sam koniec coś tam źle zrobił. Następne podejście za 2 tygodnie albo dopiero po nowym roku. Za 2 tygodnie to akurat jest turniej u nas i Kuba planował spędzić na nim cały dzień pomagając w rejestracji i przy innych rzeczach, ale może jakoś to pogodzimy. 

  W niedzielę turniej. Droga koszmarna, ponad 4 godziny, dobrze, że nie ja byłam kierowcą. W pewnym momencie wpadliśmy w mały poślizg, na szczęście kierowca wiedział co robić i nawet nie wylądowaliśmy w rowie. Nie wiem jak reszta, ale ja się strachu najadłam... Na turnieju poszło zupełnie nieźle, choć jak to Mati stwierdził- wolałby odwrotnie. W standardzie 3 miejsce, w łacinie niestety 4. Choć w obu stylach ogólnie punktowo zremisowali z parami z wyższego  miejsca, to mieli ciut gorsze noty od sędziów przy niektórych tańcach. Cóż, zależy nam najbardziej na medalowych miejscach w łacinie, ale ciągle mają te 4 miejsce. Trochę ich to zniechęca i niestety jest coraz trudniej. Miejmy nadzieję, że na naszym turnieju w końcu będzie sukces, nie tylko połowiczny.

  Z turnieju wróciliśmy dość wcześnie, nieco po 22, ale ze zmęczenia padłam szybko. Tym bardziej, że poniedziałek zapowiadał się bardzo pracowicie, czyli jak zwykle. Ostatnio w pracy jest tak, że według planu ma być spokojnie, a w trakcie co chwila wyskakują jakieś sprawy nagłe, do natychmiastowego załatwienia i cały misterny plan szlag trafia. A mnie to nieco denerwuje, bo powinnam już być w domu, a tu jeszcze coś do zrobienia zostało. Tak było i wczoraj- po 18 telefon od Filipa- jest głodny, chciałby już kolację, a ja jestem w lesie z pracą. Normalnie to bym powiedziała- zrób sobie coś do przegryzienia, wrócę za pół godziny i zjemy normalną kolację. Tu nie bardzo tak mogę. Nawet do małej przekąski trzeba podać insulinę. Filip potrafi to przeliczyć, sam sobie poda, ale nie za bardzo to byłoby wskazane- skumulują się dawki insuliny i potem będzie problem w nocy. 

   A problemów cukrzycowych i tak mam po uszy. W sobotę przed południem Filip był na kolejnym turnieju szachowym. Cukier mu spadał i spadał, mimo zmniejszenia bazy, dojadania, aż musiałam mu dowieźć jedzenie. I tu muszę pochwalić mamę jednego z kolegów Filipa. Otóż chłopaki umawiali się telefonicznie na spotkanie w sprawie kręcenia wspominanej już reklamy. Ze względu na turniej, Filip mówił prze telefon nieco ciszej i niezbyt wyraźnie. Mama kolegi usłyszała, że jego głos brzmi inaczej i zaraz zadzwoniła do mnie, że chyba coś jest z Filipem nie tak, żebym sprawdziła i zainterweniowała. Jestem pełna podziwu, że wychwyciła to i zareagowała- w panującej powszechnie znieczulicy to bardzo pozytywne dla mnie doświadczenie. I przy okazji sygnał dla mnie, że w razie potrzeby ktoś zainteresuje się moim dzieckiem, nie zostawi go na pastwę hipoglikemii. A z sukcesów cukrzycowych- coraz częściej udaje nam się przez sporą część dnia utrzymać cukier w zakresie docelowym czyli 80-140. Oczywiście przynajmniej raz na dobę coś się zepsuje i mamy wyskok na przykład do 200, ale szybka reakcja i jest znowu dobrze. Wymaga to naprawdę wielu kombinacji, myślenia, nie zawsze Filip jest w pełni zadowolony, ale jakoś tam się kręci nasza cukrzycowa karuzela.

   Czasu mi jak zwykle brakuje, znów spiętrzyło mi się parę zaległości, nie mówię nawet o pracach naprawdę koniecznych, ale i na drobne przyjemności brakuje mi wolnej chwili. Pocieszam się myślą, że chyba jak co roku ominie mnie przedświąteczna gorączka . Generalnych porządków nie będzie, zwykłe ogarnięcie mieszkania jak co sobota- bo nie warto. Gotowania za wiele nie będzie, bo praktycznie całe święta spędzimy w gościach, a od mamy i teściowej i tak dostaniemy zapas smakołyków. Tylko o prezenty trzeba będzie zadbać, ale i tu pójdzie sprawnie, wymyślone, część już kupiona i mam to z głowy. Nie uchodzę się, nie poczuję  w kościach "magii" świąt. Czy takie święta są ważne?

wtorek, 06 grudnia 2016, aga-joz

Polecane wpisy